środa, 21 grudnia 2011

„English adventure. Słownik obrazkowy”

Święta, święta, święta… Pewnemu młodemu dżentelmenowi kupiłam w prezencie „English adventure. Słownik obrazkowy” i musiałam się nim pochwalić. W książce można znaleźć przepiękne postacie Disneya a obok nich angielskie słówka. Mam nadzieję, że pomoże mu to w nauce języka, a jeśli nie, to na pewno nie zaszkodzi. Ja w dzieciństwie marzyłam o takiej książce, niestety nigdy nie trafiła pod moją choinkę.
Hmmm… a może ten prezent sprawiłam sobie, aby chociaż przez chwilę nacieszyć nim swoje oczy?















 

poniedziałek, 19 grudnia 2011

"Danuta Wałęsa. Marzenia i tajemnice"

W trakcie czytania tej książki śmiałam się z Łukaszem, że powinna nosić tytuł „Mąż mnie nie informował”. Na okładce widnieje jednak inny napis: „Danuta Wałęsa. Marzenia i tajemnice”. Skąd wziął mi się pomysł na taki tytuł? Mogę powiedzieć, że z życia samej autorki. Przez wiele stron tej publikacji przewijają się zdania, że mąż jej o niczym nie informował, nawet o tym, że ma lecieć do Oslo i odebrać jego nagrodę Nobla. Lech Wałęsa, działacz „Solidarności”, pierwszy prezydent w wolnej Polsce i ogólnie zasłużona osoba, ciesząca się olbrzymim uznaniem na świecie traktował swoją żonę jako kobietę do wypełniania zadań domowych. Danuta Wałęsa sama piszę, że jak był „rozkaz”, to należało go wykonać. Nie wchodziła ze swoim małżonkiem w dyskusje, czy wypada, czy należy i dlaczego tak, a nie inaczej. Nie byli dla siebie partnerami do rozmowy, a dwojgiem ludzi, którzy traktowali życie zadaniowo. Jest problem należy go rozwiązać. Pan mąż robił to, w „wielkim świecie”, żona w domu. 

Wbrew informacjom pojawiającym się w mediach, Danuta Wałęsa nie oczernia w tej książce swojego męża, chociaż dziwić może, fakt że cały czas pisze o nim per „Wałęsa”, prezydent itd. Nie ma Leszka. Zdaje sobie sprawę, że jest on żywą legendą, zrobił dla swojego kraju wiele i zapisze się w historii, ale przez wiele lat wspólnego życia był tylko obok niej.  Stąd chyba ten dystans. Nie ma do niego pretensji, ukrytych żalów (oprócz tego, że nie przynosił jej nigdy kwiatów). Może chwilami tylko zarzuca sobie brak stanowczości wobec męża, własnego zdania i odpowiedniej pozycji w małżeństwie. Można nawet stwierdzić, że przybierała rolę myszki przepędzanej z kąta w kąt.

Gdzieś przeczytałam, że tytuł tej książki bardziej pasowałby do nazwy brazylijskiego serialu niż wspomnień żony byłego prezydenta.  I chyba jest w tym wiele racji. Troche tajemnic w tej autobiografii Danuta Wałęsa zdradza, chociaż  nie są one przesadnie skandaliczne. Pisze wiele o swoich przemyśleniach na temat „znanych” tego kraju, sytuacji w jakiej przyszło jej żyć, problemach z jakimi musiała się zmagać w latach 70. i 80. Trudniej mi znaleźć na około 500 stronach książki zbyt wiele zdradzonych sekretów. Są to raczej refleksje, które w naturalny sposób należą do naszego wewnętrznego świata. W mojej ocenie prezdynetowa wręcz, udowadnia, że przez całe życie nie zrobiła czegokolwiek, czego dziś by żałowała. Los napisał dla niej niełatwy scenariusz, ale to dzięki niemu mogła przeżyć wiele niezapomnianych chwil i poznać osoby, która miały na nią ogromny wpływ. Tu mam na myśli głównie papieża Jana Pawła II (jemu poświęcony jest cały rozdział).

W „Danucie Wałęsie. Marzeniach i tajemnicach”, bawiły mnie też stwierdzenia  że niemalże nikt i nic nie robił na autorce wrażenia. Co tam wizyta prezydenta USA w ich domu, co tam kampania prezydencka męża. Nic nie warte było tego, aby mogły pojawić się zbędne emocje. Jedynie wspomniany już JPII oraz dzieci były w stanie je wywołać.

Chyba każda Polka, gratuluje w duchu siły, którą musiała w sobie wygenerować Danuta Wałęsa, aby wychować ośmioro dzieci. Z jej opisów wynika, że pojawiały się osoby do pomocy, zdarzało się wsparcie materialne, ale nie oszukujmy się. Obsłużenie fizyczne i emocjonalne tylu dzieci, to nie lada wyczyn. Szczególnie, że męża zwykle w domu nie było.

Nie będę już przedłużać, bo o tej autobiografii pisać można wiele. Dodam jeszcze, że w trakcie lektury czuć, że prezydentowa pisała ją samodzielnie. Zdania są krótkie, energiczne, zwięzłe, czyli takie jakie wypowiada Danuta Wałęsa. Oczywiście całość przeszła odpowiednia redakcję, ale żaden literat w książce swoich palców nie maczał. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to zbyt mało krytycyzmu wobec własnej osoby. Autorka mogła napisać więcej o  słabościach, załamaniach itd . One się pojawiają, ale są zbyt lakoniczne.  Można chwilami odnieść wrażenie, że robi z siebie siłaczkę, która zmagała się ze wszystkimi przeciwnościami świata, a wszystko co złe to wina nieobecności męża i ustroju. To potwierdza tylko moją opinię, że lepsze są biografie niż autobiografie emocjonalne.  Gdy piszemy o sobie, zawsze będziemy się starali coś ukryć, przemilczeć, a niektóre sprawy wyolbrzymić. Ale książkę i tak warto przeczytać. Nie trzeba się jednak zrażać objętością. Duża liczba ciekawych zdjęć sprawia, że można ją „połknąć” w 3-4 wieczory. Niektórzy zapewne  zrobią, to jeszcze szybciej. 

niedziela, 11 grudnia 2011

„Moje życie. Moja historia” Ryan Giggs

Męski punkt widzenia czyli recenzja Łukasza...

„Moje życie. Moja historia”
Mam ostatnio „fazę” na książki sportowe. Obecnie na tapecie jest „Michael Schumacher: The Edge of Greatness”, a poprzednio przeczytałem autobiografię Ryana Giggsa pod mało odkrywczym tytułem: „Moje życie. Moja historia”. Giggs jest walijskim futbolistą, wieloletnim zawodnikiem mojej ulubionej drużyny (Manchesteru United), z którą odniósł szereg sukcesów. Stąd też na przetłumaczenie i wydanie tej pozycji w Polsce czekałem z niecierpliwością.

Książka nie jest typową autobiografią. To raczej zbiór anegdot podzielonych na poszczególne sezony z piłkarskiego życia Giggsa. Czasem są one ze sobą powiązane przyczynowo-skutkowo, a czasem nie, przez co całość sprawia wrażenie nieuporządkowanego sportowego pamiętnika lub zapis chaotycznego bloga. Ale wbrew pozorom nie przeszkadza to aż tak bardzo, bo historyjki są ciekawe. W lekki, łatwy i przyjemny sposób dają możliwość przyjrzenia się temu, co dzieje się w głowie zawodowego piłkarza przeżywającego wzloty i upadki swojej kariery.

A że jest ona niezwykle bogata (Giggs, mimo niemal 38. wiosen na karku, wciąż świetnie gra!), w książce znajduje się mnóstwo smaczków z gatunku „tajemnice szatni”. Dowiadujemy się, którzy piłkarze mogli sobie pozwolić na więcej w obecności legendarnie surowego trenera sir Aleksa Fergusona, kto był największym „jajcarzem” w zespole Manchesteru albo dlaczego David Beckham tak często zmieniał fryzurę. Poszczególne rozdziały są luźne i zabawne, co ważne – wolne są od formy „laurki” cechującej często biografie słynnych sportowców. Piłkarz o swojej karierze i drużynie pisze bez ściemy, nie przypisuje swoich osiągnięć tajemniczym talentom i boskim interwencjom.

I wszystko byłoby super, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, książka ma bardzo określoną grupę docelową. Na przykład osoba, która nie interesuje się piłką nożną i nie wie, że Paul Scholes to niski i rudy facet, nie zrozumie żartów z nim związanych – i tak dalej. Generalnie, przynajmniej podstawowa wiedza na temat futbolu i drużyny Manchesteru United bardzo pomaga w rozumieniu tego, co Giggs pisze, i kontekstu. Małe są szanse, że książka ta zainteresuje innego odbiorcę, bo jest skupiona w 100 proc. na sporcie.

Choć z drugiej strony, to w sumie dobrze. Klasyczne autobiograficzne wstawki o szczęściu, miłości i cieple ogniska domowego w wykonaniu Walijczyka byłyby – przynajmniej dla mnie – niestrawne. Wszystko przez skandale seksualne z Giggsem w roli głównej. Do regularnego współżycia z nim przyznała się nawet... jego bratowa!

Zatem sport, sport i jeszcze raz sport. Tu Ryan Giggs może pozostawać absolutnym wzorem. Takie nie jest na pewno tłumaczenie (autorstwa dziennikarza sportowego Michała Pola), a przede wszystkim polskie wydanie. Tak pełnej literówek, a nawet błędów ortograficznych (!) książki dawno nie trzymałem w ręku. Mam wrażenie, że wydawca chciał jak najszybciej dostarczyć pozycję do rąk kibiców i nie zadał sobie nawet trudu przeczytania całości tekstu.

Summa sumarum, „Moje życie. Moja historia” Ryana Giggsa to lekka, łatwa i przyjemna lektura na 3-4 wieczory (230 stron z dużą czcionką i marginesem), która jako ewentualny prezent choinkowy ucieszy przede wszystkim fanów futbolu. Karolina nie wierzy, że tekst jest w ogóle autorstwa Giggsa, ale ja bardzo chciałbym wiedzieć, że jest inaczej. Chciałbym wierzyć, że piłkarz-legenda, doświadczony życiowo i sportowo człowiek, który otarł się o tytuł szlachecki, jest w stanie zebrać do kupy i wydać swój własny pamiętnik. W innym razie – gdzie te sportowe wzorce?

piątek, 25 listopada 2011

„Zatoka ostów”. Literatura dla zainteresowanych

"Zatoka ostów"
Na swoim profilu na Facebooku rzuciłam niedawno hasło, że chętnie bym coś przeczytała dobrego. Miałam nadzieję, że znajomi zaproponują mi coś dobrego. Odezwało się kilka osób. Wśród sugestii znalazła się m.in. „Zatoka ostów” Tadeusza Olszewskiego.
Do książki zabrałam się z dużym zapałem i nadzieją. Szczególnie, że jak mi zapowiedziano, będzie to fascynująca historia o zakazanej miłości dwóch mężczyzn w polskich realiach, siermiężnych lat 80. I owszem to się sprawdziło. Był redaktor Piotr, który aby ratować swoje małżeństwo wybrał się na romantyczne wakacje do Grecji. Był Anglik Jeff, który też się tam wybrał z przypadkowo poznanym facetem. Jak łatwo się domyślić, tych dwóch panów zapałało do siebie ogromnym uczuciem. Piotr starał się z tym walczyć, ale pożądanie okazało się silniejsze. Małżonka wróciła do kraju, kochanek wyspiarza także. I wszystko było prawie jak w raju, aż do czasu powrotu do domu. Samotny Piotr nie mógł się odnaleźć nad Wisłą...
Tyle streszczenia, dalej nie będę już opisywać, aby nikogo nie pozbawiać przyjemności z czytania. Chociaż było tam sporo "miłości" i fizyczności.

„Zatoka ostów”, to powieść jednowymiarowa, nieskomplikowana. Przerzucając strony mogłam opuszczać całe akapity, które wypełnione były według mnie słowną watą. Nic nie wnosiły nowego i nie pomagały poznać głównego bohatera czyli Piotra. Tego typu literatura pisana jest dla ludzi zafascynowanych danych tematem, w tym przypadku kulturą gejowską. Cokolwiek nie zostanie o tym zagadnieniu napisane i tak przyjmą z entuzjazmem. Nie neguję oczywiście potrzeby istnienia tego typu książek. Są one w naszym społeczeństwie bardzo potrzebne. Pozwalają wielu osobom oswoić inność, przekonać się o tym, że wszyscy kochamy tak samo mocno, bez względu na płeć. Tyle tylko, że autor mógł bardziej się postarać budując portret psychologiczny Piotra i Jeffa. Nie spłaszczać ich tylko i wyłącznie do roli kochanków. Nawet 200 stron dają taką możliwość. Wcale nie trzeba budować tysiącstronicowych epopei.

Dawno temu czytałam „Lubiewo” Michała Witkowskiego. Temat poruszył ten sam, ale w jego powieści jest humor, życie z jego mrocznymi stronami, są też mięsiste postaci, naszkicowane bardzo grubą kreską. U Olszewskiego tego zabrakło.

niedziela, 20 listopada 2011

Nagroda Literacka Miasta Radomia dla historyka

Nagroda Literacka Miasta Radomia przyznana. W kategorii książka naukowa lub popularno-naukowa trafiła do rąk Dariusza Kupisza za „Rody szlacheckie ziemi radomskiej”. Niestety w kategorii książka literacka wyróżnienia nie przyznano. Przewodnicząca jury dosyć zawile tłumaczyła tę zadziwiającą dla wszystkich sytuację. Mówiła tak, aby nic nie powiedzieć. Z jej słów można było jednak wywnioskować, że ze względów proceduralnych z głosowania wyłączona została powieść Zbigniewa Kryszyńskiego „Ostatni raport”. Wydawnictwo było jednak tak znakomite, że pozostawiało daleko w tyle wszystkich swoich rywali i szacowne jury uznało, że nagradzać nie będzie nikogo. Jest to bardzo kontrowersyjna decyzja, bo wraz z wyróżnieniem do rąk autora trafia 10 tys. zł. Sądzę, że jest to spora kwota i niejednemu pisarzowi bardzo by pomogła w dalszej karierze. Ale widocznie komisja stwierdziła, że skoro najlepszy nie może stanąć na najwyższym podium, to oszustwem byłoby wpychanie tam innych.

Mam nadzieję, że za dwa lata do takiego kuriozum nie dojdzie i procedury nie staną nikomu na drodze.


Dariusz Kupisz (z prawej) otrzymuje nagrodę z rąk Ryszarda Fałka, wiceprezydenta Radomia (w środku)
 

czwartek, 17 listopada 2011

"Wpływowe kobiety II Rzeczypospolitej"

Za mną lektura „Wpływowych kobiet drugiej II Rzeczypospolitej” Sławomira Kopra. Niestety nie była to, literacka podróż pełna przygód. Czytanie książki mogę porównać, do długiej wspinaczki pod bardzo stromą górę. Dlaczego? Bo dużo oczekiwałam od tego wydawnictwa. Po „Życiu prywatnym elit II Rzeczypospolitej” i „Życiu prywatnym elit artystycznych II Rzeczypospolitej”, które pozwoliły mi zajrzeć za kulisy życia prywatnego, śmietanki towarzyskiej dwudziestolecia międzywojennego - tu nie zadziało się nic. Miałam chwilami wrażenie, że czytam podręcznik do historii. Biografie „wpływowych” kobiet zostały zaprezentowane zupełnie bez polotu. Można odnieść wrażenie, że spisane zostały z encyklopedii. Koper stara się wtrącać różne anegdoty i smaczki z życia prywatnego, ale nie mają w tym przypadku żadnej siły rażenia, energii. W wielu miejscach pojawiają się dziury, biografie są niepełne. Szczególnie odczułam to, czytając życiorys Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. 

Niestety z przykrością muszę napisać, że tej książki nikomu nie polecam. A mogło być tak pięknie i kobieco.

czwartek, 3 listopada 2011

Magiczna jesień w czarnoleskim parku

Trafiła mi się w czwartek mała „wycieczka” do Czarnolasu, a dokładnie do dawnej posiadłości ojca polskiego dramatu. Pogoda i dworski park (chociaż cały rozkopany) były piękne, wiec udało mi się zrobić kilka pozytywnych zdjęć. Poniżej efekty.

Czarnoleski park został założony w XIX w.


Ukształtował go w modnym wówczas stylu krajobrazowym czeski ogrodnik i planista Józef Stichy.


W projekt wkomponował istniejące drzewa oraz pamiętające czasy Kochanowskiego stawy.


Nienagannie utrzymywany był do lat 30. XX w., należał do najładniejszych w Polsce.


Okupacja i trudne powojenne lata odbiły się niekorzystnie na jego wyglądzie.





poniedziałek, 17 października 2011

"Paper Mint. Magazyn o książkach"

Podczas ostatnich zakupów w Matrasie natrafiłam na magazyn o książkach „Paper Mint”. Sprzedawczyni nie potrafiła mi powiedzieć czy jest to firmowe wydawnictwo księgarni. Ale z tego co wyczytałam w necie jednak nie. Gazeta jest bardzo ładna graficznie, to na pewno jej plus. 
A jak z treścią? Trudno znaleźć tak ambitne teksty jak w „Książkach” wydawanych przez Agorę. Są, to raczej krótkie, lekkie artykuły do poczytania przy kawie. Dużo tu literackiego life-stylu i nie piszę tego w negatywnym znaczeniu, bo moda na książki jest potrzebna. "Paper Mint" zyskałby jednak wiele gdyby teksty były bardziej klarowne i wnikliwie.
Dodam jeszcze na koniec, że pismo jak dla mnie ma bardzo kobiecy charakter, panowie raczej nic tu dla siebie nie znajdą - ale może się czepiam.
Cena niewygórowana – 4,99 zł.





 

czwartek, 13 października 2011

W gettcie jest zawsze zimno...



„W gettcie jest zawsze zimno, lodowato zimno, i to zarówno w domu, jak i na dworze” tak zaczyna się „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej. Na książkę tę czekałam bardzo długo. Pewnie pomyślicie, co za problem było pójść do księgarni i po prostu ją kupić? I szczerzę nie potrafię na to odpowiedzieć. Z jednej strony bardzo chciałam ją przeczytać, z drugiej nigdy nie mogłam się zdecydować na wydanie około 45 zł. W bibliotekach zawsze zaś była wypożyczona. Ale wreszcie się udało. Trafiła w moje ręce i zmroziła

Panująca w książce atmosfera jest lodowata i przerażająca. Bo tak wyglądało życie w gettcie widziane oczami małej Romy („Dziewczynka” to autobiografia). Kilkulatka żyła w ciągłym strachu, nie pojmując zarazem rzeczywistości. Dorośli byli wciąż nieszczęśliwy, zdenerwowani i tylko upominali „musisz być cicho”. Książka zaskakuje, bo pokazuje II w. ś. z perspektywy dziecka. Kreowane przez nie obrazy są bardzo plastyczne a zarazem lakoniczne. Skupiają się na sprawach dla dorosłych nieistotnych, jak  np.brak prawdziwych zabawek.

Po ucieczce z getta, kilku latach ukrywania się u znajomych, mała żydówka może wreszcie odetchnąć pełną piersią. Z obozu wraca zapomniany już prawie ojciec. Wszystko prawie zaczyna się układać. Rodzina jest komplecie. Ale sielanka nie trwa długo. Nadchodzą mroczne czasy stalinizmu. Tata Romy zostaje aresztowany, a po powrocie z więzienia umiera. Młoda panna znów jest sama z matką. Mogą liczyć tylko na siebie, ale ich relację stają się coraz trudniejsze. Na kolejnych stronach powieści poznajemy młodość Ligockiej, czasy studiów na ASP, inspiracji cyganerią artystyczną Karkowa, związki z mężczyznami (każdy z nich autorka opisuje w negatywnym świetle), karierę w show businessie i ciągłą walkę o znalezienie własnego miejsca na ziemi.
Inspiracją do napisania tej książki, była postać dziewczynki w czerwonym płaszczyku z filmu "Lista Schindlera", w której Roma Ligocka rozpoznała samą siebie. We wspomnieniach nie ukryła też faktu przebytej depresji i uzależnienia od leków. Choroba była wynikiem wojennych przeżyć. Pisarka mimo pozornie dostatniego życia nie mogła pozbyć złych emocji zrodzonych w czasie holokaustu. Czy dziś jest szczęśliwa? Tego z książki już się nie dowiemy. 

Nie sposób być obojętnym wobec tej lektury. Czytając ją chciałoby się mieć wrażenie, że to tylko fikcja. Niestety wciąż czujemy dyskomfort, że to historia kobiety żyjącej z złych czasach. Polecam.

środa, 12 października 2011

Życie prywatne elit drugiej Rzeczypospolitej

Zaniedbałam trochę bloga, ale książek w tym czasie nie odłożyłam na półkę. Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam „Życie prywatne elit drugiej Rzeczypospolitej” Sławomira Kopra. Jak wynika z książki, politycy, żołnierze i wpływowe osobistości tamtych czasów miały równie bujne życie osobiste jak artyści. Nie brakowało zdrad, romansów, rozwodów, pojedynków i tajemnic. Nawet nasz bohater narodowy Józef Piłsudski miał na sumieniu wiele grzeszków i tajemnic. 

Wiele uśmiechu pojawiło się na mojej twarzy podczas lektury drugiego rozdziału o „Pierwszym ułanie Rzeczypospolitej”. Nie mógł być nim nikt inny jak Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Dziś mężczyźni już chyba nie potrafią bawić się z taką klasą i poczuciem humoru jak on. I choć hulaka z niego był ogromny, wobec kobiet zawsze zachowywał się jak dżentelmen.

Już po skończeniu książki, na jednym z portali przeczytałam o niej wiele negatywnych opinii. Internauci zarzucają Koprowi, że jego „dzieła” to po prostu kolaż fragmentów innych publikacji dotyczących dwudziestolecia. A sam autor nie pokusił się nawet o dokładne podanie przypisów. Może i mają rację, trudno jest mi to zweryfikować. Ale przyznam, że jeśli miałabym zebranych w książce informacji szukać rozsianych po innych wydawnictwach na pewno bym z tego zrezygnowała. Cieszę się, że najsmaczniejsze ciekawostki o osobistościach II RP zostały zebrane i zamieszczone w „Życiu prywatnym elit…”. To naprawdę ciekawa lektura. Polecam. 

W księgarniach są już „Wpływowe kobiety drugiej Rzeczypospolitej” Sławomira Kopra. Już nie mogę się doczekać kiedy ta pozycja znajdzie się w mojej biblioteczce.

Dziś może trochę krótko, ale chyba muszę pisać swoje "recenzje" zaraz po zakończeniu czytania. Gdy zasiadam przed klawiaturą kilka tygodni po  lekturze świeżość wrażeń ulatuje.

niedziela, 25 września 2011

Życie „Człowieka w białym kombinezonie"

Męski punkt widzenia czyli recenzja Łukasza...

Wyobraźcie sobie, że macie zajęcie tak tajne, że nie możecie o nim powiedzieć nawet najbliższym. Zmieniacie samochód na kilkanaście kilometrów przed pracą, a na miejsce zawsze dojeżdżacie w masce. I choć waszym biurem jest malutka klitka bez okien a jedynym towarzyszem mały chrząszcz, to nieznajomi codziennie powierzają wam swoje miliony dolarów. Wasza tożsamość jest przy tym tak tajna, że dziennikarze wszelkich możliwych brukowców wyłażą z butów, by wpaść na najdrobniejszy ślad.

Wcale nie chodzi mi o żadnego supertajnego agenta. Najbardziej wyczekiwany moment najpopularniejszego na świecie programu motoryzacyjnego „Top Gear” zawsze zaczynał się od charakterystycznego żartu, na przykład: „Niektórzy mówią, że ma psa z włókna węglowego a wszystkie jego palce zrobione są z magnezu.„ A potem do akcji wkraczał „oswojony kierowca wyścigowy”, zamaskowany superbohater lewarka i kierownicy, niczym zaklinacz oswajający kilkusetkonne bestie z tylnym napędem. Do niedawna wiedzieliśmy o nim tyle, że nazywa się Stig.

Ale teraz, po ośmiu latach współpracy z ekipą BBC, tajemniczy kierowca zdecydował się zdjąć hełm i wydać swoją autobiografię. I, jak sam twierdzi, wcale nie jest oswojony. Nazywa się Ben Collins i jest typowym przykładem nie do końca spełnionej kariery w sporcie motorowym. Był mistrzem niższych klas, startował gościnnie w Le Mans i innych prestiżowych wyścigach, dublował Nicolasa Cage'a i Daniela Craiga jako kierowca-kaskader, ale nigdy nie trafił na sam szczyt. Z desperacji postanowił nawet zostać komandosem, ale wtedy, przez zupełny przypadek, trafił do „Top Gear”.


Jako Stig zwiedził wraz z Clarksonem, Hammondem i Mayem praktycznie całą kulę ziemską. Miał okazję prowadzić bodaj każdy możliwy supersamochód, a w ramach akcji „okrążenia za rozsądną cenę” uczył wyścigowej jazdy celebrytów z pierwszych stron gazet. Warunek był jeden: całkowita anonimowość. Zasada, którą Collins z hukiem złamał w tej znakomitej książce.

Na „Człowieka w białym kombinezonie” składają się trzy osobne, choć czasem przeplatające się ze sobą opowieści. Przedstawiają one życie prywatne Bena Collinsa (relacje z rodziną oraz karierę komandosa), karierę kierowcy wyścigowego i wreszcie wcielanie się w Stiga. Wbrew pozorom ta trzecia część nie zawsze jest najciekawsza. W końcu nie co dzień mamy okazję od środka poznać wojskowe i wyścigowe życie, opowiadane przez tak naprawdę zwykłego człowieka.

Collins zdecydowanie potrafi opisywać to, co dzieje się w jego głowie. Czytając o emocjach, jakie towarzyszyły mu podczas startów, możemy naprawdę wczuć się w rolę kierowcy wyścigowego i w jakimś stopniu przekonać się, jak trudny jest to kawałek chleba. Wymagający umiejętności, szczęścia i, nie ukrywajmy, pieniędzy. Przełomowym momentem opowieści jest sytuacja, w której Ben zdaje sobie sprawę, że wykreowana przez niego postać herosa w białym kombinezonie mogłaby osiągnąć wszystko to, o czym zawsze marzył: Le Mans, Formułę 1, NASCAR. Trafnie porównuje siebie do Supermana, który po założeniu spodni z powrotem na majtki staje się zwykłym Clarkiem Kentem.

Nie martwcie się jednak, schizofrenii tutaj nie ma. Defetyzmu i użalania się nad sobą też nie. Jest za to mnóstwo smacznych historii zza kulis „Top Gear”, widzianych oczyma człowieka, który jak nikt inny wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Książka odbrązawia pewne mity narosłe wokół programu, jego prowadzących i samego Stiga, ale w niczym nie ujmuje to atrakcyjności samemu show. Wręcz przeciwnie, po lekturze „Człowieka w białym kombinezonie” program ogląda się jeszcze przyjemniej. Ale książka ta to także fascynująca podróż do świata supersamochodów. O nich też Collins potrafi opowiadać, opisując relacje z nimi w niemal antropomorficzny sposób. Dla fana motoryzacji – uczta.
Ale nie tylko dlatego warto sięgnąć po tę pozycję. Przede wszystkim, z Collinsem łatwo się zidentyfikować i dać wciągnąć jego opowieści, bo w odróżnieniu od biografii na przykład słynnych sportowców książka nie jest „przelukrowana” ani patetyczna. Przedstawia o wiele bardziej rzeczywisty, trafiający do czytelnika świat wyścigów, niż ociekające blichtrem i szampanem telewizyjne transmisje. Jest tam knucie, złośliwość i smród benzyny. Alkohol i modelki owszem, też – ale wysoko, o wiele wyżej, tam, gdzie autorowi nigdy nie było dane zajść (no chyba, że w białym kombinezonie Stiga).

To jedna z pierwszych tego typu książek, które przeczytałem i muszę przyznać, że wysoko zawiesiła poprzeczkę. „Człowieka...” momentami czyta się jak dobrą powieść, w której mamy wszystko co potrzeba: wyrazistych bohaterów, wartką akcję i szybkie samochody. Dużo szybkich samochodów. Jeśli ktoś jest fanem wyścigów lub „Top Gear”, to pozycja absolutnie obowiązkowa. Ja, przyznaję się bez bicia, uwielbiam i jedno, i drugie, ale książkę polecam także tym, którzy nie mają nic wspólnego z samochodami a lubią po prostu dobre, ciekawie opowiedziane historie. Ta Bena Collinsa jest gotowym materiałem na dobry film. Główną rolę mógłby w nim zagrać jeden ze szkolonych przez Stiga celebrytów.

„Człowiek w białym kombinezonie" Bena Collinsa

poniedziałek, 12 września 2011

z.z. zamiast zgwałcenia...

„Niezwykle ciekawe są adnotacje informujące o środkach, pod których wpływem powstał obraz. Sygnatura Co oznaczała kokainę, Et – eter, Eu – eukodal (pochodną morfiny). Kawa zyskała oznaczenie Cof, herbata – herb, natomiast N z liczbą informował o liczbie abstynencji alkoholowej (NP. – nikotynowej). Wiele obrazów powstało pod wpływem „pyfka”, niektóre posiadały dodatkowe oznaczenia. Poza wymienieniem osób biorących udział w seansie. Witkacy dodawał inne informacje. Sygnatura ppc oznaczała, że portret powstał po ciemku, FBZ, że artysta palił fajkę bez zaciągania się (FZZ – zaciąganiem się). Natomiast informacja z.z. oznaczała, że obraz powstał zamiast zgwałcenia…”.

„Życie prywatne elity artystycznych Drugiej Rzeczpospolitej” Sławomira Kopra, bo z tej książki pochodzi powyższy cytat to zbiór ciekawostek o 20-leciu międzywojennym. Poznajemy tę epokę z zupełnie innej strony. Niby każdy z nas słyszał jak bawiła się współczesna śmietanka towarzyska. Jak kochano kabarety, bywanie w kawiarniach i przyjęcia. Ale to, czego możemy się dowiedzieć z tej książki zaskoczy wielu. Artyści tamtej epoki to prawdziwe indywidua. Kochać i bawić potrafili jak nikt inny. Nie raz przepadały przez to majątki. A gdy życie nie układało się tak jak powinno jedynym wyjściem było rozstanie się z ziemską egzystencją.

Wydawnictwo na pewno jest ciekawą propozycją dla studentów i absolwentów polonistyki, historii sztuki itp. Będą oni mogli zgłębić wiedzę i poznać bliżej artystów, których dokonania poznają na zajęciach. Pozwoli im to na pewno lepiej zrozumieć ich twórczość, pewne wybory życiowe. Jest to też jednak ciekawa lektura dla tych wszystkich, którzy zafascynowani są tamtymi czasami. Epoką brutalnie przerwaną przez II wojnę światową.

Ja z prawdziwą przyjemnością przeczytałam o życiu rodziny Kossaków. Wbrew wspomnieniom Magadaleny Samozwaniec familia ta nie była taka idealna i miała na swoim sumieniu wiele grzeszków. Rozbawiły mnie też perypetie Witkacego. Był on niewątpliwe królem życia i skończył je wtedy gdy uznał to za słuszne. Autor przypomniał też zapomnianą przez wielu malarkę  Zofię Stryjeńską oraz kompozytora Artura Rubinsteina, który wbrew metryce kochał piękne kobiety.

Tę książkę po prostu trzeba przeczytać. Na początku może trochę zniechęcić, bo przypomina podręcznik do historii, ale po kilkudziesięciu stronach gdy Koper wkrada się do domów swoich bohaterów i podgląda ich przez dziurkę od klucza robi się naprawdę smakowicie. Polecam…