czwartek, 17 listopada 2011

"Wpływowe kobiety II Rzeczypospolitej"

Za mną lektura „Wpływowych kobiet drugiej II Rzeczypospolitej” Sławomira Kopra. Niestety nie była to, literacka podróż pełna przygód. Czytanie książki mogę porównać, do długiej wspinaczki pod bardzo stromą górę. Dlaczego? Bo dużo oczekiwałam od tego wydawnictwa. Po „Życiu prywatnym elit II Rzeczypospolitej” i „Życiu prywatnym elit artystycznych II Rzeczypospolitej”, które pozwoliły mi zajrzeć za kulisy życia prywatnego, śmietanki towarzyskiej dwudziestolecia międzywojennego - tu nie zadziało się nic. Miałam chwilami wrażenie, że czytam podręcznik do historii. Biografie „wpływowych” kobiet zostały zaprezentowane zupełnie bez polotu. Można odnieść wrażenie, że spisane zostały z encyklopedii. Koper stara się wtrącać różne anegdoty i smaczki z życia prywatnego, ale nie mają w tym przypadku żadnej siły rażenia, energii. W wielu miejscach pojawiają się dziury, biografie są niepełne. Szczególnie odczułam to, czytając życiorys Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. 

Niestety z przykrością muszę napisać, że tej książki nikomu nie polecam. A mogło być tak pięknie i kobieco.

czwartek, 3 listopada 2011

Magiczna jesień w czarnoleskim parku

Trafiła mi się w czwartek mała „wycieczka” do Czarnolasu, a dokładnie do dawnej posiadłości ojca polskiego dramatu. Pogoda i dworski park (chociaż cały rozkopany) były piękne, wiec udało mi się zrobić kilka pozytywnych zdjęć. Poniżej efekty.

Czarnoleski park został założony w XIX w.


Ukształtował go w modnym wówczas stylu krajobrazowym czeski ogrodnik i planista Józef Stichy.


W projekt wkomponował istniejące drzewa oraz pamiętające czasy Kochanowskiego stawy.


Nienagannie utrzymywany był do lat 30. XX w., należał do najładniejszych w Polsce.


Okupacja i trudne powojenne lata odbiły się niekorzystnie na jego wyglądzie.





poniedziałek, 17 października 2011

"Paper Mint. Magazyn o książkach"

Podczas ostatnich zakupów w Matrasie natrafiłam na magazyn o książkach „Paper Mint”. Sprzedawczyni nie potrafiła mi powiedzieć czy jest to firmowe wydawnictwo księgarni. Ale z tego co wyczytałam w necie jednak nie. Gazeta jest bardzo ładna graficznie, to na pewno jej plus. 
A jak z treścią? Trudno znaleźć tak ambitne teksty jak w „Książkach” wydawanych przez Agorę. Są, to raczej krótkie, lekkie artykuły do poczytania przy kawie. Dużo tu literackiego life-stylu i nie piszę tego w negatywnym znaczeniu, bo moda na książki jest potrzebna. "Paper Mint" zyskałby jednak wiele gdyby teksty były bardziej klarowne i wnikliwie.
Dodam jeszcze na koniec, że pismo jak dla mnie ma bardzo kobiecy charakter, panowie raczej nic tu dla siebie nie znajdą - ale może się czepiam.
Cena niewygórowana – 4,99 zł.





 

czwartek, 13 października 2011

W gettcie jest zawsze zimno...



„W gettcie jest zawsze zimno, lodowato zimno, i to zarówno w domu, jak i na dworze” tak zaczyna się „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej. Na książkę tę czekałam bardzo długo. Pewnie pomyślicie, co za problem było pójść do księgarni i po prostu ją kupić? I szczerzę nie potrafię na to odpowiedzieć. Z jednej strony bardzo chciałam ją przeczytać, z drugiej nigdy nie mogłam się zdecydować na wydanie około 45 zł. W bibliotekach zawsze zaś była wypożyczona. Ale wreszcie się udało. Trafiła w moje ręce i zmroziła

Panująca w książce atmosfera jest lodowata i przerażająca. Bo tak wyglądało życie w gettcie widziane oczami małej Romy („Dziewczynka” to autobiografia). Kilkulatka żyła w ciągłym strachu, nie pojmując zarazem rzeczywistości. Dorośli byli wciąż nieszczęśliwy, zdenerwowani i tylko upominali „musisz być cicho”. Książka zaskakuje, bo pokazuje II w. ś. z perspektywy dziecka. Kreowane przez nie obrazy są bardzo plastyczne a zarazem lakoniczne. Skupiają się na sprawach dla dorosłych nieistotnych, jak  np.brak prawdziwych zabawek.

Po ucieczce z getta, kilku latach ukrywania się u znajomych, mała żydówka może wreszcie odetchnąć pełną piersią. Z obozu wraca zapomniany już prawie ojciec. Wszystko prawie zaczyna się układać. Rodzina jest komplecie. Ale sielanka nie trwa długo. Nadchodzą mroczne czasy stalinizmu. Tata Romy zostaje aresztowany, a po powrocie z więzienia umiera. Młoda panna znów jest sama z matką. Mogą liczyć tylko na siebie, ale ich relację stają się coraz trudniejsze. Na kolejnych stronach powieści poznajemy młodość Ligockiej, czasy studiów na ASP, inspiracji cyganerią artystyczną Karkowa, związki z mężczyznami (każdy z nich autorka opisuje w negatywnym świetle), karierę w show businessie i ciągłą walkę o znalezienie własnego miejsca na ziemi.
Inspiracją do napisania tej książki, była postać dziewczynki w czerwonym płaszczyku z filmu "Lista Schindlera", w której Roma Ligocka rozpoznała samą siebie. We wspomnieniach nie ukryła też faktu przebytej depresji i uzależnienia od leków. Choroba była wynikiem wojennych przeżyć. Pisarka mimo pozornie dostatniego życia nie mogła pozbyć złych emocji zrodzonych w czasie holokaustu. Czy dziś jest szczęśliwa? Tego z książki już się nie dowiemy. 

Nie sposób być obojętnym wobec tej lektury. Czytając ją chciałoby się mieć wrażenie, że to tylko fikcja. Niestety wciąż czujemy dyskomfort, że to historia kobiety żyjącej z złych czasach. Polecam.

środa, 12 października 2011

Życie prywatne elit drugiej Rzeczypospolitej

Zaniedbałam trochę bloga, ale książek w tym czasie nie odłożyłam na półkę. Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam „Życie prywatne elit drugiej Rzeczypospolitej” Sławomira Kopra. Jak wynika z książki, politycy, żołnierze i wpływowe osobistości tamtych czasów miały równie bujne życie osobiste jak artyści. Nie brakowało zdrad, romansów, rozwodów, pojedynków i tajemnic. Nawet nasz bohater narodowy Józef Piłsudski miał na sumieniu wiele grzeszków i tajemnic. 

Wiele uśmiechu pojawiło się na mojej twarzy podczas lektury drugiego rozdziału o „Pierwszym ułanie Rzeczypospolitej”. Nie mógł być nim nikt inny jak Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Dziś mężczyźni już chyba nie potrafią bawić się z taką klasą i poczuciem humoru jak on. I choć hulaka z niego był ogromny, wobec kobiet zawsze zachowywał się jak dżentelmen.

Już po skończeniu książki, na jednym z portali przeczytałam o niej wiele negatywnych opinii. Internauci zarzucają Koprowi, że jego „dzieła” to po prostu kolaż fragmentów innych publikacji dotyczących dwudziestolecia. A sam autor nie pokusił się nawet o dokładne podanie przypisów. Może i mają rację, trudno jest mi to zweryfikować. Ale przyznam, że jeśli miałabym zebranych w książce informacji szukać rozsianych po innych wydawnictwach na pewno bym z tego zrezygnowała. Cieszę się, że najsmaczniejsze ciekawostki o osobistościach II RP zostały zebrane i zamieszczone w „Życiu prywatnym elit…”. To naprawdę ciekawa lektura. Polecam. 

W księgarniach są już „Wpływowe kobiety drugiej Rzeczypospolitej” Sławomira Kopra. Już nie mogę się doczekać kiedy ta pozycja znajdzie się w mojej biblioteczce.

Dziś może trochę krótko, ale chyba muszę pisać swoje "recenzje" zaraz po zakończeniu czytania. Gdy zasiadam przed klawiaturą kilka tygodni po  lekturze świeżość wrażeń ulatuje.

niedziela, 25 września 2011

Życie „Człowieka w białym kombinezonie"

Męski punkt widzenia czyli recenzja Łukasza...

Wyobraźcie sobie, że macie zajęcie tak tajne, że nie możecie o nim powiedzieć nawet najbliższym. Zmieniacie samochód na kilkanaście kilometrów przed pracą, a na miejsce zawsze dojeżdżacie w masce. I choć waszym biurem jest malutka klitka bez okien a jedynym towarzyszem mały chrząszcz, to nieznajomi codziennie powierzają wam swoje miliony dolarów. Wasza tożsamość jest przy tym tak tajna, że dziennikarze wszelkich możliwych brukowców wyłażą z butów, by wpaść na najdrobniejszy ślad.

Wcale nie chodzi mi o żadnego supertajnego agenta. Najbardziej wyczekiwany moment najpopularniejszego na świecie programu motoryzacyjnego „Top Gear” zawsze zaczynał się od charakterystycznego żartu, na przykład: „Niektórzy mówią, że ma psa z włókna węglowego a wszystkie jego palce zrobione są z magnezu.„ A potem do akcji wkraczał „oswojony kierowca wyścigowy”, zamaskowany superbohater lewarka i kierownicy, niczym zaklinacz oswajający kilkusetkonne bestie z tylnym napędem. Do niedawna wiedzieliśmy o nim tyle, że nazywa się Stig.

Ale teraz, po ośmiu latach współpracy z ekipą BBC, tajemniczy kierowca zdecydował się zdjąć hełm i wydać swoją autobiografię. I, jak sam twierdzi, wcale nie jest oswojony. Nazywa się Ben Collins i jest typowym przykładem nie do końca spełnionej kariery w sporcie motorowym. Był mistrzem niższych klas, startował gościnnie w Le Mans i innych prestiżowych wyścigach, dublował Nicolasa Cage'a i Daniela Craiga jako kierowca-kaskader, ale nigdy nie trafił na sam szczyt. Z desperacji postanowił nawet zostać komandosem, ale wtedy, przez zupełny przypadek, trafił do „Top Gear”.


Jako Stig zwiedził wraz z Clarksonem, Hammondem i Mayem praktycznie całą kulę ziemską. Miał okazję prowadzić bodaj każdy możliwy supersamochód, a w ramach akcji „okrążenia za rozsądną cenę” uczył wyścigowej jazdy celebrytów z pierwszych stron gazet. Warunek był jeden: całkowita anonimowość. Zasada, którą Collins z hukiem złamał w tej znakomitej książce.

Na „Człowieka w białym kombinezonie” składają się trzy osobne, choć czasem przeplatające się ze sobą opowieści. Przedstawiają one życie prywatne Bena Collinsa (relacje z rodziną oraz karierę komandosa), karierę kierowcy wyścigowego i wreszcie wcielanie się w Stiga. Wbrew pozorom ta trzecia część nie zawsze jest najciekawsza. W końcu nie co dzień mamy okazję od środka poznać wojskowe i wyścigowe życie, opowiadane przez tak naprawdę zwykłego człowieka.

Collins zdecydowanie potrafi opisywać to, co dzieje się w jego głowie. Czytając o emocjach, jakie towarzyszyły mu podczas startów, możemy naprawdę wczuć się w rolę kierowcy wyścigowego i w jakimś stopniu przekonać się, jak trudny jest to kawałek chleba. Wymagający umiejętności, szczęścia i, nie ukrywajmy, pieniędzy. Przełomowym momentem opowieści jest sytuacja, w której Ben zdaje sobie sprawę, że wykreowana przez niego postać herosa w białym kombinezonie mogłaby osiągnąć wszystko to, o czym zawsze marzył: Le Mans, Formułę 1, NASCAR. Trafnie porównuje siebie do Supermana, który po założeniu spodni z powrotem na majtki staje się zwykłym Clarkiem Kentem.

Nie martwcie się jednak, schizofrenii tutaj nie ma. Defetyzmu i użalania się nad sobą też nie. Jest za to mnóstwo smacznych historii zza kulis „Top Gear”, widzianych oczyma człowieka, który jak nikt inny wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Książka odbrązawia pewne mity narosłe wokół programu, jego prowadzących i samego Stiga, ale w niczym nie ujmuje to atrakcyjności samemu show. Wręcz przeciwnie, po lekturze „Człowieka w białym kombinezonie” program ogląda się jeszcze przyjemniej. Ale książka ta to także fascynująca podróż do świata supersamochodów. O nich też Collins potrafi opowiadać, opisując relacje z nimi w niemal antropomorficzny sposób. Dla fana motoryzacji – uczta.
Ale nie tylko dlatego warto sięgnąć po tę pozycję. Przede wszystkim, z Collinsem łatwo się zidentyfikować i dać wciągnąć jego opowieści, bo w odróżnieniu od biografii na przykład słynnych sportowców książka nie jest „przelukrowana” ani patetyczna. Przedstawia o wiele bardziej rzeczywisty, trafiający do czytelnika świat wyścigów, niż ociekające blichtrem i szampanem telewizyjne transmisje. Jest tam knucie, złośliwość i smród benzyny. Alkohol i modelki owszem, też – ale wysoko, o wiele wyżej, tam, gdzie autorowi nigdy nie było dane zajść (no chyba, że w białym kombinezonie Stiga).

To jedna z pierwszych tego typu książek, które przeczytałem i muszę przyznać, że wysoko zawiesiła poprzeczkę. „Człowieka...” momentami czyta się jak dobrą powieść, w której mamy wszystko co potrzeba: wyrazistych bohaterów, wartką akcję i szybkie samochody. Dużo szybkich samochodów. Jeśli ktoś jest fanem wyścigów lub „Top Gear”, to pozycja absolutnie obowiązkowa. Ja, przyznaję się bez bicia, uwielbiam i jedno, i drugie, ale książkę polecam także tym, którzy nie mają nic wspólnego z samochodami a lubią po prostu dobre, ciekawie opowiedziane historie. Ta Bena Collinsa jest gotowym materiałem na dobry film. Główną rolę mógłby w nim zagrać jeden ze szkolonych przez Stiga celebrytów.

„Człowiek w białym kombinezonie" Bena Collinsa

poniedziałek, 12 września 2011

z.z. zamiast zgwałcenia...

„Niezwykle ciekawe są adnotacje informujące o środkach, pod których wpływem powstał obraz. Sygnatura Co oznaczała kokainę, Et – eter, Eu – eukodal (pochodną morfiny). Kawa zyskała oznaczenie Cof, herbata – herb, natomiast N z liczbą informował o liczbie abstynencji alkoholowej (NP. – nikotynowej). Wiele obrazów powstało pod wpływem „pyfka”, niektóre posiadały dodatkowe oznaczenia. Poza wymienieniem osób biorących udział w seansie. Witkacy dodawał inne informacje. Sygnatura ppc oznaczała, że portret powstał po ciemku, FBZ, że artysta palił fajkę bez zaciągania się (FZZ – zaciąganiem się). Natomiast informacja z.z. oznaczała, że obraz powstał zamiast zgwałcenia…”.

„Życie prywatne elity artystycznych Drugiej Rzeczpospolitej” Sławomira Kopra, bo z tej książki pochodzi powyższy cytat to zbiór ciekawostek o 20-leciu międzywojennym. Poznajemy tę epokę z zupełnie innej strony. Niby każdy z nas słyszał jak bawiła się współczesna śmietanka towarzyska. Jak kochano kabarety, bywanie w kawiarniach i przyjęcia. Ale to, czego możemy się dowiedzieć z tej książki zaskoczy wielu. Artyści tamtej epoki to prawdziwe indywidua. Kochać i bawić potrafili jak nikt inny. Nie raz przepadały przez to majątki. A gdy życie nie układało się tak jak powinno jedynym wyjściem było rozstanie się z ziemską egzystencją.

Wydawnictwo na pewno jest ciekawą propozycją dla studentów i absolwentów polonistyki, historii sztuki itp. Będą oni mogli zgłębić wiedzę i poznać bliżej artystów, których dokonania poznają na zajęciach. Pozwoli im to na pewno lepiej zrozumieć ich twórczość, pewne wybory życiowe. Jest to też jednak ciekawa lektura dla tych wszystkich, którzy zafascynowani są tamtymi czasami. Epoką brutalnie przerwaną przez II wojnę światową.

Ja z prawdziwą przyjemnością przeczytałam o życiu rodziny Kossaków. Wbrew wspomnieniom Magadaleny Samozwaniec familia ta nie była taka idealna i miała na swoim sumieniu wiele grzeszków. Rozbawiły mnie też perypetie Witkacego. Był on niewątpliwe królem życia i skończył je wtedy gdy uznał to za słuszne. Autor przypomniał też zapomnianą przez wielu malarkę  Zofię Stryjeńską oraz kompozytora Artura Rubinsteina, który wbrew metryce kochał piękne kobiety.

Tę książkę po prostu trzeba przeczytać. Na początku może trochę zniechęcić, bo przypomina podręcznik do historii, ale po kilkudziesięciu stronach gdy Koper wkrada się do domów swoich bohaterów i podgląda ich przez dziurkę od klucza robi się naprawdę smakowicie. Polecam…



czwartek, 11 sierpnia 2011

"Zrób to w Trójmieście - Do it in the Tri-City!"

Wakacje w Trójmieście już za mną. Na szczęście pogoda była dla mnie łaskawa i przez prawie całe pięć dni świeciło słońce i było ciepło (niedługo postaram się wrzucić kilka zdjęć). Pierwszy raz odwiedziłam Gdynie i Sopot. Przyznam szczerze, że nie zachwyciły mnie swoją urodą. Nadal jestem pod wrażeniem Gdańska, jego wyjątkowego klimatu i na pewno chętnie tam jeszcze wrócę.

Przed podróżą kupiłam przewodnik „Zrób to w Trójmieście!” wydany przez Agorę. W ubiegłym roku na tym blogu zachwycałam się podobnym wydawnictwem o stolicy „Zrób to w Warszawie!”. Jednak ten dotyczący Tri-City nie przypadł mi już tak bardzo do gustu. Autorzy (Mirosław Baran i  Przemysław Gulda) nie podzielili go na trzy części, które odpowiadałyby poszczególnym miastom. Wszystko wrzucili do jednego worka i wymieszali. Jak tłumaczą we wstępie, dla nich Gdańsk, Gdynia i Sopot to całość. I nie dziwię się im zupełnie, bo jak wiadomo w krótkim czasie można się pomiędzy nimi przemieszczać bez większego problemu. Przeciętny turysta jednak stara się je poznawać po kolei. Po obejrzeniu wszystkich atrakcji w jednym z nich jedzie do kolejnego i tak dalej. Kartkowanie całego wydawnictwa, aby znaleźć coś ciekawego w danym miejscu jest męczące. Aby przewodnik okazał się pomocny, najlepiej przed wyjściem w teren spisać na kartce, to co nas interesuje w danym mieście. Tylko wtedy można sobie pomyśleć - po co mi ten przewodnik? Wszystko mogę przecież znaleźć w internecie.

Książka jest bardzo ładnie wydana, kolorowa, dwujęzyczna. Osoby związane z Trójmiastem opowiadają w niej czym dla nich jest nadmorska aglomeracja oraz do jakich miejsc mają największy sentyment. Bardzo lubię czytać takie „wspominki”. Autorzy polecają też nietypowe miejsca i lokale, czego nie znajdziemy w tradycyjnych wydawnictwach tego typu.

„Zrób to w Trójmieście!” to raczej ciekawa książka do poczytania niż praktyczny przewodnik, który możemy schować do plecaka.






wtorek, 2 sierpnia 2011

Sapkowski i dwa ostrza „Miecza Przeznaczenia”

Dziś wyjątkowo przedstawiam nie moją recenzję, a Łukasza. Na szczęście trafił mi się chłopak czytający i do tego dobrze piszący, więc grzechem byłoby nie zaprezentować jego twórczości na tym blogu. Zapraszam do lektury...

„Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza – jednym jesteś ty.” To jedno z najsłynniejszych zdań polskiej fantastyki pada w kierunku jednego z najbardziej znanych jej bohaterów – wiedźmina Geralta z Rivii. Pada w opowiadaniu tytułowym „Miecza przeznaczenia”, drugiego (po „Ostatnim życzeniu”) zbioru historii Andrzeja Sapkowskiego o białowłosym zabójcy potworów. Składa się na niego sześć luźnych opowieści, których jedynym wspólnym elementem jest postać bohatera. Nie byle jaka postać.

„Miecz przeznaczenia”, Andrzej Sapkowski
 
Geralt jest mężczyzną w średnim wieku, niezbyt zamożnym, nie posiadającym zamku ani nawet pola, ba! – w ogóle stałego adresu zameldowania. Jest małomównym, zamkniętym w sobie socjopatą, na domiar złego zakochanym w kobiecie fatalnej. Twierdzi, że pochodzi z Rivii, choć to nieprawda mająca jedynie odwrócić uwagę od jego profesji. Bo Geralt, drodzy państwo, para się zabijaniem potworów.

W stworzonym przez Sapkowskiego quasi-średniowiecznym świecie wiedźmini, jako najemni obrońcy ludzi, zajmują ważne miejsce, choć nie cieszą się powszechną sympatią. To mutanci, którego cechy fizyczne i psychiczne odbierają od ogólnie przyjętych norm. Mają nadludzką siłę i refleks, potrafią widzieć w zupełnych ciemnościach, są odporni na trucizny i choroby. A oprócz tego działają na kobiety tak, jak każdy facet chciałby działać.

Powstrzymuję jednak panie przed szukaniem białowłosego kandydata na męża – wszyscy wiedźmini, z Geraltem włącznie, są bowiem całkowicie sterylni. Podobnie zresztą, jak czarodziejki, stąd związek Geralta i nieustannie pachnącej bzem i agrestem Yennefer z góry skazany jest na porażkę.
Świat Sapkowskiego to nie sielankowa kraina zamieszkała przez żyjące w harmonii rasy. Jest wiecznie pogrążony w dynastycznych wojnach między Południem a Północą, co chwila gdzieś upada królestwo, a jakiś książę budzi się z nożem w plecach. To świat brutalny, pełen zła, wyzysku, a nawet rasizmu. Każdy odmieniec – elf, krasnolud, doppler, wiedźmin – jest nie wartym zainteresowania „nieludziem”. No chyba, że może się do czegoś przydać. Geralt przydaje się często i gęsto, podróżuje więc ze swoim przyjacielem, bardem Jaskrem, od miasta do miasta, imając się wszelkich zleceń. Kieruje się przy tym jedną, złotą zasadą – nigdy nie poluje na smoki.

Każde z opowiadań ze zbioru stanowi fantastyczną podróż w głąb psychiki wiedźmina, który wbrew powszechnej opinii myśli i czuje, kocha i nienawidzi, choć rasistowskie otoczenie odmawiało mu prawa do tego tak długo, aż sam uwierzył, że jest jedynie bezwolnym, stworzonym do zabijania mutantem. Dlatego bywa okropny dla przyjaciół i nie ma szczęścia w miłości. Jego parcie do pozostania neutralnym w każdej sytuacji paradoksalnie pcha go w kłopoty i sprawia, że raz po raz jest wykorzystywany do przeróżnych celów. A to przecież wspaniały, piękny wojownik z zabójczym ostrzem na plecach.

Chyba każdy po przeczytaniu tej książki przez chwilę chciałby być Geraltem, móc wpaść między tuzin wrogów i wybić ich do nogi, ratując z opresji kolejną damę lub możnego pana. Jakież to byłoby przydatne, zwłaszcza w dzisiejszym, tak samo brutalnym i niesprawiedliwym świecie. Bo mimo fantastycznego płaszczyka „Miecz przeznaczenia” porusza niezwykle aktualne, współczesne problemy. Rasizm, nietolerancja, odmienność, wyzysk, wreszcie przyjaźń, miłość i marzenia – te tematy nigdy się nie zdezaktualizują.

Sam Geralt nagminnie irytuje przyjaciół (a niekiedy także czytelnika!) swoją biernością i tendencją do wycofywania się z każdej problematycznej sytuacji. Tym przyjemniej jest obserwować, jak poznana przypadkiem (a może dzięki przeznaczeniu?) mała dziewczynka wywraca jego świat wartości do góry nogami i po raz pierwszy zmusza do podjęcia trudnych decyzji. Choćby z tego powodu warto zanurzyć się w świat wiedźmina – świat opisany przez autora w sposób realistyczny i barwny, z bohaterami nakreślonymi grubą kreską oraz dużą ilością kapitalnych dialogów. Autor unika banału i nie przynudza, nie atakuje czytelnika litanią dłużyzn, za to znakomicie znajduje proporcje między dynamiką a zamyśleniem. Dlatego „Miecz przeznaczenia” polecam nie tylko miłośnikom akcji (Sapkowski wspaniale opisuje sceny bitewne), ale i wszystkim tym, którzy lubią niełatwe, lecz koniec końców szczęśliwe zakończenia.