poniedziałek, 16 maja 2011

Z pamiętnika niemłodej już mężatki

Skoro była wycieczka, to nie mogło zabraknąć jakiejś małej pamiątki. Nie, nie… nie dałam się naciągnąć ulicznym sprzedawcom na kupienie pluszowego smoka wawelskiego lub drewnianego lajkonika. Ostatniego dnia w księgarni trafiłam na książkę Magdaleny Samozwaniec „Z pamiętnika niemłodej już mężatki”. Nie ukrywam, że do zakupu skusił mnie fakt, że autorka pochodzi z zacnej krakowskiej rodziny oraz 25 proc. zniżka. Pisarka to wnuczka Juliusza Kossaka, córka Wojciecha Kossaka i siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej czyli nic dodać nic ująć. O jej osobie słyszałam już wcześniej, ale nie dane mi było poznać napisanych przez nią książek. Malutkie wydawnictwo, które trafiło w moje ręce to teksty odnalezione już po śmierci Samozwaniec i zredagowane przed dwoma laty przez Rafała Podrazę. Podobno wiele historii można przeczytać już w „Marii i Magdalenie” wydanej w latach 50. XX w., ale ja nie mając z powieścią nic wspólnego z ogromną przyjemnością i pozytywnym zaskoczeniem przeczytałam gawędy wydane w 2009 r.

Wspomnienia Magdaleny można podzielić na dwie części - wspomnienia dotyczące okresu międzywojennego z rodziną Kossaków w roli głównej oraz teksty dotyczące życia w Polsce powojennej. Opowieści o domu rodzinnym, perypetiach miłosnych sióstr i życiu ówczesnej inteligencji przybliżają świat z początku ubiegłego wieku, świat zupełnie nam nieznany. Samozwaniec z niezwykłą ironią obnaża konwenanse, kołtunerie i bigoterię ówczesnych mieszkańców Krakowa. Przytacza wiele ciekawych historyjek dotyczących bliskich i znajomych. Ale przyznać jej trzeba, że z samej siebie też potrafi się śmiać.

Druga część wypada trochę gorzej, psuję ciepłą atmosferę stworzoną na początku. Teksty są chwilami trochę nużące, jakby przegadane. Autorka wypowiada się z wyższością na wiele tematów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest satyryczką i taki przyjęła styl. Czasem znaleźć też można drobne niekonsekwencje. Moim zdaniem wynikają z tego, że notatki, z których powstało to wydawnictwo pisane były na przestrzeni lat i Samozwaniec po prostu zmieniała zdanie na wiele tematów. Zadziwiło mnie też, że jej zapiski czyta się jakby nie mieszkała w Polsce, albo Polska w latach 50., 60. i 70. to był kraj kolorowy i wesoły niczym ówczesna Francja. Nie znam jej biografii, ale ze wspomnień wynika, że w PRL-u musiała żyć na bardzo wysokim poziomie nie zdając sobie jakby sprawy, że jej czytelniczki otacza zupełnie inna, szara rzeczywistość i nie mają możliwość wyjechać np. do europejskich stolic. Chwilami w jej słowach można znaleźć nawet nutki pychy, ale na szczęście bardzo wdzięczne.

Książkę przeczytałam w drodze z Krakowa do Radomia, zupełnie nie mogłam się od niej oderwać i co czas jakiś parskałam śmiechem. Tekst na około 230 stronach przeplatany jest czarnobiałymi, archiwalnymi zdjęciami Magdaleny, jej rodziny i znajomych. Dodaje to wydawnictwu kolorytu i pozwala nam wyobrazić sobie rzeczywistość opisywaną przez pisarkę. Dziś wypożyczyłam już z biblioteki „Marię i Magdalenę” i zaraz zabieram się do czytania.

"Z pamiętnika niemłodej już mężatki" Magdalena Samozwaniec /// Fotka wykonana na krakowskim rynku

środa, 11 maja 2011

Kraków czyli urok dawnej stolicy Polaków

Tylko trzy dni i dwie noce, a czuje się jakbym na długi czas przeniosła się do innego świata i zostawiła za sobą wszystkie problemy. Jak widać Kraków potrafi zdziałać cuda. To miasto jest tak blisko Radomia, a właściwie go nie znam i byłam tam wcześniej zaledwie trzy razy. Teraz na pewno będę do niego wracać na kolejne niezapomniane „weekendy”. Jeszcze wiele miejsc z Łukaszem nie zobaczyliśmy, jeszcze wielu uliczek nie przeszliśmy. A warto, abyśmy z Krakowem poznali się bliżej. Dawna stolica Polski ma swój charakter i zazdroszczę osobom, które mogą tam mieszkać lub chociaż studiować. Poniżej kilka mniej lub bardziej udanych fotek z wyprawy. Może później wrzucę kolejne.
Bazylika Mariacka, którą na fotce musi uwiecznik każdy turysta. Zwiedzaliśmy ją też wewnątrz, ale nie daliśmy się naciągnąć na to, aby zapłacić 5 zł za robienie zdjęć dlatego żadnego tutaj nie dodam.

Sukiennice, a pod nimi otwarte dla zwiedzających podziemia Rynku. Nie robiliśmy żadnych zdjęć, bo nie pozwalała na to zbyt mała ilość światła. Ale sama wycieczka świetna. Muzeum zrobione w nowoczesnym stylu czyli bardzo multimedialnie, zabawa dla dużego i małego
 
Wieża ratuszowa na rynku

W niedzielę wszystkie muzea narodowe można zwiedzać za darmo. Zdążyliśmy więc zobaczyć Galerię Sztuki Polskiej XIX w. w Sukiennicach.

Galeria obrazów pod Bramą Floriańską
W pizzeri "Trzy Papryczki" przy ul. Poselskiej 17 zjedliśmy pierwszy obiad
mmm... pizza była świetna
a lokal naprawdę klimatyczny, jak większość w Krakowie
Wystawa na małym rynku, niestety nie wiem kto ją tam postawił i jaka była jej myśl przewodnia
Polecam wszystkim hostel "Nocny Kraków". Obsługa miła, chociaż niezby wylewna ;) czyste, jasne pokoje i łazienki oraz kuchnia dla gości.
Po prostu Kraków :)

wtorek, 3 maja 2011

W osiemdziesiąt dni dookoła Londynu

Zastanawialiście się kiedyś jakie książki lubicie? Po jakie gatunki najczęściej sięgacie? Na pewno tak. Ja też odnalazłam swoją niszę - reportaże. W ostatnich miesiącach kupuję tylko takie wydawnictwa i w przeważającej większości spełniają moje oczekiwania. Nie zastosuję tu chyba żadnego nadużycia gdy napiszę, że wręcz je połykam. Jedynie „Planeta Kaukaz” Wojciecha Góreckiego nie przypadła mi do gustu i czeka na swój czas.

„80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)”
Niedawno przeczytałam „80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)” Jarka Sępka. Jest to dosyć nietypowa książka podróżnicza. Jak wskazuje tytuł, autor poznaje świat nie wyjeżdżając ze stolicy Wielkiej Brytanii. Jak to się stało? Polski podróżnik i dziennikarz przyjmuje zakład od redaktora naczelnego słynnego magazynu „Geographical". Wzorem bohatera powieści Juliusa Verne’a Fileasa Fogga zgadza się w te kilkadziesiąt dni nagrać na dyktafon próbki 80 języków, którymi mówią mieszkańcy Londynu. Startuje 2 października, w 136. rocznicę wyprawy Fogga. Termin wybrał nieprzypadkowo - jest wielkim fanem tej powieści. Gdy czas minął w swojej kolekcji ma nietylko tak powszechne języki jak niemiecki, włoski czy polski, ale udaje mu się też zdobyć wiele egzotycznych - np. amaryjski, igbo, zulu, tigirinia czy kirgiski.

W książce Sępka zdziwiło mnie, że skupia się on raczej na opisywaniu poznanych przez siebie kultur w angielskiej rzeczywistości. Pokazuje jak np. Hindusi czy Polacy asymilują się na wyspach. Poświęca dużo uwagi samej Wielkiej Brytanii, jej historii. Jeden z podrozdziałów dotyczy np. londyńskiego metra. Myślałam, że autor więcej miejsca poświęci samym perypetiom związanym z poszukiwaniem osób posługujących się tymi wszystkimi językami. Najczęściej są one jednak skondensowane, tak jak to wyglądało w rzeczywistości. Bo gdy np. Sępek trafił na targi szkół językowych, w krótkim czasie jego kolekcja wzbogaciła się o kilka nowych próbek.

„80 dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)” to nietypowa podróż po Londynie, który jest prawdziwą mozaiką kultur i języków.

środa, 13 kwietnia 2011

Wojciech Mann, rockMann i inne gwiazdy

Wojciech Mann to znakomity dziennikarz, prezenter, znawca muzyki i jak się okazuje także pisarz. „RockMann czyli jak nie zostałem saksofonistą” to nie kolejna biografia prezentująca życie znanej osobistości od poczęcia do czasów gdy już sam poczynać sobie w życiu może. Pan Mann wspomina jak przez ostatnich kilkadziesiąt lat żył muzyką. Jak sam napisał była to egzystencja dosyć pasożytnicza, ponieważ sam żadnych kompozycji nie tworzył. Przeszedł jedynie drogę od słuchania i gapienia się do przekazywania tego, co lubi innym. I najważniejsze, że przez te wszystkie lata nigdy nie poczuł przesytu tym co robi, wciąż jest to dla niego ogromna pasja.

Książka nie jest tylko dla osób, które interesują się historią muzyki. Nawet tacy ignoranci jak ja z przyjemnością przeczytają o przygodach pana Manna z polskimi i światowymi gwiazdami estrady. Niektóre opowieści rozbawiły mnie do łez. Bo jak można się nie śmiać gdy czyta się jak Stevie Wander zmusił go do śpiewu na estradzie. „Nie miałem wyjścia. Wonder śpiewał, ja buczałem jak najciszej, a gwiazda, niezadowolona, dźgała mnie łokciem w bok (...) . Gdybym wiedział, że do czegoś takiego dojdzie, na czas pobytu Wondera udałbym się na wczasy do Bułgarii albo do NRD. No, ale stało się. Na szczęście na zdjęciach nie słychać jak śpiewałem.”

O tym kolorowym wydawnictwie nie ma co więcej pisać, bo nie można ocenić jego wartości literackich. Nie o to tu chodzi. "RockMann" jest dobrym sposobem na chandrę i relaks po stresującym dniu w pracy. Autor piszę z takim samym poczuciem humoru z jakim się wypowiada w radiu i telewizji. Przyjemnie się czyta o ludziach, którzy kochają to co robią, ale mimo profesjonalizmu mają do tego ogromny dystans. Dobrze się stało, że Mann napisał wspomnienia, pokazał, że w szarym PRL-u zdarzało się, że zaglądał do nas wielki muzyczny świat. I czasem bywało naprawdę zabawnie. Chociaż wówczas nieprzewidziane sytuacje traktował pewnie zupełnie inaczej. Ach… pozazdrościć mu można tych wszystkich przygód. Jest niebywałą osobowością.

Na koniec jeszcze jeden cytat, który mam nadzieję zachęci do lektury. Przy wyliczaniu pięciu najbardziej niezapomnianych koncertów można przeczytać: „Chciałem wyjść na światowca, bo obcy język robił wówczas duże wrażenie na obywatelach. Nie zrobił na policjancie, który mnie rozszyfrował, wepchnął do i w uznaniu moich zdolności lingwistycznych pozwolił wybrać, czy chcę dostać czarną czy białą pałą.”

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

"LIQUID" Karoliny Gleguły na żywo w Radomiu

W piątek po „Gali Dyplomej 2011” studentów Politechniki Radomskiej na widzów czekała jeszcze niespodzianka. Pokaz kolekcji LIQUID autorstwa Karoliny Gleguły. Projektantka otrzymała za nią Złotą Nitkę 2010 w konkursie dla młodych projektantów, który jest częścią odbywającego się w Łodzi FashionPhilosophy Fashion Week Poland. Jej kolekcja LIQUID zwyciężyła w kategorii pret-a-porter. Artystka inspirowała się architekturą a w szczególności projektami Zahy Hadid. Ubrania mimo to są bardzo kobiece i wytworne. Stroje dopełniają dodatki: buty i kopertówki, również zaprojektowane przez Glegułę. Matowe, stonowane barwy tworzą całość z pięknymi tkaninami - taftą i jedwabiem. Muszę dodać, że Karolina jest radomianką, która ukończyła ASP w Łodzi.



 









 
      




niedziela, 3 kwietnia 2011

„Gala Dyplomowa 2011” Politechnika Radomska

Do 4. edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland jeszcze miesiąc. Nie mam żadnych szans, aby chociaż jeden pokaz zobaczyć na żywo, ale zawsze pozostają relacje w prasie i internecie. Aby poczuć chociaż w niewielkiej części klimat takiego wydarzenia wybrałam się w piątek na „Galę Dyplomową 2011” studentów Katedry Wzornictwa, Technologii Obuwia i Odzieży Politechniki Radomskiej. Kolekcje były na bardzo różnych poziomie, ale wiele ubrań chętnie zobaczyłabym w swojej szafie. Poniżej kilka fotek z tego wydarzenia.













poniedziałek, 28 marca 2011

"Wszystko co kocham" i niebanalny Kościukiewicz

Obejrzałam ten film i mnie zaczarował. „Wszystko co kocham” w reżyserii Jacka Borcucha to obraz wyjątkowy, intymny, bardzo zmysłowy i lekki. Pokazuje lata 80. XX w. i stan wojenny z punktu widzenia 18-letniego Janka, który wkracza w dorosłość. Historia nie przytłacza jednak szarością i przygnębieniem tamtych czasów. Raczej pokazuje, że życie mogło być kolorowe – dosłownie i w przenośni. Życie zwykłych ludzi w niezwykłych czasach. Losy bohaterów nie są szyte grubymi nićmi, raczej urzekają swą prostotą. I sądzić by można, że ocierają się o banał, ale tak nie jest. Trzeba mieć spore umiejętności, aby zrobić film prosty, ale nie błahy.

Wspomniany przeze mnie wcześniej Janek, to maturzysta, syn wojskowego i pielęgniarki. Jego życie ogniskuje się wokół szkoły, lekcji gry na pianinie i prób  zespołu punkowego WCK czyli Wszystko co kocham. Jest buntownikiem, ale wie gdzie stoją nieprzekraczalne granice. Przeciwstawia się narzuconym ograniczeniom, ale na miarę swoich możliwości (chociaż czasem konsekwencje są dużo większe niż mógłby się tego spodziewać). Zaskakujące jest też to, że ma bardzo dobre relacje z rodzicami. Zwykle nastolatek traktuje ich jak wrogów. 

W rolę Janka rewelacyjnie wcielił się Mateusz Kościukiewicz. Słowo rewelacyjnie nie jest na wyrost. Ma osobowość i charyzmę. Grana przez niego postać nie jest zmanierowana i odpychająca, a tak mógł ją pokazać. Raczej wzbudza dużą dozę sympatii przez swoją nieśmiałość i romantyczne podejście do życia. Jego "miłość" Basia (w tej roli naturalna i bezpretensjonalna Olga Frycz, córka tego Frycza) gdy dowiaduje się co znaczy WCK wypowiada nawet zdanie „Jesteś jednak romantyczny”. Para z nich jest naprawdę sympatyczna, a łączące uczucie świeże i wydawałoby się nieobarczone problemami. Czy tego jednak chcą czy nie, sprawy dorosłych wkraczają w ich życie, co rodzi wiele problemów. Rodzice podejmują za nich decyzje od których trudno się odwołać.

W filmie w zasadzie wszyscy zachwycają grą aktorską. Andrzej Chyra w roli ojca Janka pokazuje całą paletę uczuć. Świetnie sprawili się też kumple 18-latka: Kazik (Gierszał), "Diabeł" (Obłoza) i brat Staszek (Banasiuk). Są tymi chochlikami, które nadają produkcji dużo humoru.

Jedną z głównych ról przyznano też świetnej muzyce. Film więc nie tylko trzeba oglądać, ale też bardzo uważnie słuchać. „Wszystko co kocham” to rewelacja i na pewno będę do niego wracać.


"Wszystko co kocham" w reż. Jacka Borcucha


sobota, 26 marca 2011

"Tatami kontra krzesła" - japonista o Japonii


Uwielbiam takie małe, zgrabne i poręczne książeczki, które można schować do torebki i nie ma się poczucia, że nosi się cegłę. „Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii” bo o niej mowa zauroczyła (to słowo idealnie tu pasuje) mnie totalnie i to od pierwszych stron. Dawno nie czytałam książki napisanej z taką lekkością. Przekładając kolejne strony odnosi się wrażenie, że o dalekim archipelagu i jego mieszkańcach opowiada nam dobry znajomy, który dopiero wrócił z podróży. A tym gawędziarzem jest przystojny Rafał Tomański z wykształcenia japonista i ku mojemu zaskoczeniu ekonomista.

Po książkę sięgnęłam z dwóch powodów. Uporczywie w radiu, telewizji i internecie rekomendowała ją Anna Dziewit. Chciałam też trochę lepiej poznać Japonię po ostatnim trzęsieniu ziemi i tsunami, które nawiedziły ten kraj. W mediach pomiędzy informacjami o dramatycznych wydarzeniach można było usłyszeć i przeczytać zachwyty nad opanowaniem i karnym zachowaniem Japończyków w kryzysowych sytuacjach.

 „Tatami kontra krzesła” okazała się tym czego się spodziewałam czyli zbiorem „ciekawostek” (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) o tym odległym miejscu. Szary zjadacz chleba dla, którego dalekie podróże są na razie w sferze marzenio-planów dowie się masy interesujących rzeczy. Przeczytałam już kilka recenzji na blogach, że to co napisał Tomański znaleźć można w wielu innych wydawnictwach, które ukazały się na polskim rynku, ale jakie to ma znaczenie? Dla wielu nadal to będzie nowość. Czy jest w tym coś złego, że młody chłopak opisał jak postrzega Japończyków i przypomniał o ich mniejszych i większych „dziwactwach”. W tej niewielkiej recenzji mogłabym przytoczyć wiele szczegółów, które zaskoczyły mnie ogromnie, ale to strata czasu, najlepiej po książkę sięgnąć osobiście (nie jest zbyt duża, zaledwie 261 stron). Przytoczę tylko wybrane sprawy, które zaciekawiły mnie najbardziej.

Na moich ustach pojawił się uśmiech gdy czytałam o przesądach niewysokich Azjatów (sama w żadne czarne koty itp. nie wierzę). Obawiają się oni np. cyfry 4, ponieważ jej wymowa brzmi tak samo jak słowa śmierć – shi. Nie ma czwartego piętra, pokoju numer 4, ani 44 czy 444. Gdy do czwórki dochodzi dwójka, to Japończycy odwracają się z podwójną trwogą, bo shi ni czy ni shi (42 albo 24) znaczy ni mniej, ni więcej tylko: ty umrzesz, umrzesz ty. Jakby tego było mało 4219 odczytuje się shi ni iku i oznacza „umrzesz”; 43 to shisan: czyli poronienie. Nie powinno się prosić o sól (shio) o północy, bo duchy mogą podsłuchiwać i zrozumieć, że ktoś ma umrzeć (shi). I jak pisze autor wiadomo, że duchy mogą czegoś nie dosłyszeć i kłopot gotowy – to już lepiej zjeść mniej słone. Nie wolno też pozować do zdjęć stojąc w środku, bo ta osoba umrze jako pierwsza, ani kłaść się spać zaraz po posiłku. Grozi to zamianą w krowę. Jako, że już niedługo czekają mnie 26 urodziny rozbawił mnie też fragment o tym, że już po ukończeniu 25 lat niezamężne kobiety dostają przydomek kurimasu kēki, czyli bożonarodzeniowe ciasto. Nazwa nawiązuje do tortu z truskawkami, które bardzo krótko zachowuje świeżość. Jada się je przeważnie 25 grudnia – stąd też ukłon w stronę dwudziestego piątego roku życia młodej dla człowieka Zachodu, a zbyt starej już według Japończyków, kandydatki na żonę. Ach to poczucie humoru Japończyków. ;)

Bardzo prawdziwe są też przytoczone przez Tomańskiego zdania, że „Europejczycy albo Amerykanie tworzą koncepcję, ale dopiero Japończycy nadają im prawdziwe genialne kształty. Europejczycy wynaleźli kasetę magnetofonową, ale walkman powstał w Japonii. Amerykanie wymyślili konsolę do gier, ale Japończycy wyprodukowali PlayStation i GameBoya (…). Wystarczy mieć trochę pokory i chcieć słuchać innych, a o sukces i innowacje łatwiej”.

Tomański pokazuję w swojej książce Japonię z humorem, ale nie wyśmiewa jej. Potrafi zaciekawić tematem, bo nie prowadzi naukowego wywodu. Ja na pewnwno sięgnę jeszcze po pozycję dotyczące tego kraju

Na koniec wytknę autorowi pewną małą nieścisłość, ale czynię to sympatią. Opisuję on pewien japoński program telewizyjny, który w naszym kraju jakoby nie przyjąłby się na żadnym kanale, nawet po północy. Otóż nieprawda! Zajmował on uwagę Polaków w sobotnie bądź niedzielne wieczory w tv4. Poniżej dowód.

piątek, 25 marca 2011

20 lat nowej Polski w reportażach według Szczygła

Po lekturze „Gottlandu” jestem zachwycona pisarskim talentem Mariusza Szczygła. Wspomniana przeze mnie książka jest prawdziwą ucztą nie tylko dla fanów Czech i reportaży. Pozytywne doświadczenia skłoniły mnie do tego, aby sięgnąć po „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”. Wszystkie prezentowane w wydawnictwie teksty publikowane były na łamach „Gazety Wyborczej” i w jakiś szczególny sposób przypadły do gustu wspomnianemu redaktorowi. Moim zdaniem są one na bardzo różnym poziomie. Znaleźć można perełki, które zachwycają językiem, przedstawieniem tematu i czyta się je z niezwykłą przyjemnością. Są jednak też takie, które musiałam „zmęczyć”.

„Arkademonia” Ewy Winnickiej (2004 r.) to jeden z moich faworytów. Autorka na przykładzie galerii handlowej Arkadia w Warszawie udowadnia jak odhumanizowane są wielkie centra handlowe i jak nikt nie liczy się z rzeszą pracujacych tam ludz. Swojemu tekstowi nadała styl baśni o idealnej krainie. Pomysł naprawdę oryginalny i nadający lekkości. Śmieszny i straszny jest reportaż „Cała Polska czatuje na seks” (2003 r.). Artur Pałyga pokazuje jak popularne, internetowe czaty wpływały na życie polaków. Wielu z nich pochłaniały tak bardzo, że prawdziwe życie przestawało być dla nich ważne. Dla wielu stanowiły darmową psychoterapię, miejsce zwierzeń, ale rodziły też seksualne patologie. Najbardziej poruszył mnie jednak tekst „Polska podziemna” (2004 r.) Lidii Ostałowskiej. Autorka pochyliła się nad problemem podziemia aborcyjnego. Nie popiera oczywiście aborcji jako środka antykoncepcyjnego, ale pokazuje jak pozbawienie kobiet stanowienia o własnym ciele i „wszechmoc” lekarzy zasłaniających się klauzulą sumienia i zastraszonych konsekwencjami prawnymi może prowadzić do patologii. Przytoczę fragment szczególnie poruszający.


„ (…) Z czasem lekarze przestali taktować zdrowie kobiety jak wartość. Oczekują od niej heroizmu. Unikają odpowiedzialności, kalkulują. Straci wzrok? No cóż, ale będzie żyła. Żadne schorzenie nie jest wystarczające do przerwania ciąży. Pewna pani z zastawką serca zgłosiła się do szpitala. Usłyszała: nie mamy o czym rozmawiać, ustawa! Lekarze obiecali jednak, że w siódmym miesiącu z uwagi na jej zdrowie wykonają cesarskie cięcie. Gdy przyszedł termin, odmówili – z uwagi na zdrowie dziecka. Zmarła dwa tygodnie po porodzie siłami natury”.
Jak czytam takie historie ciarki przechodzą mi po ciele. Poród jeszcze przede mną, ale w przyszłości nie chce być tylko inkubatorem, którego zdrowie i potrzeby są ignorowane. Tymi słowami zakończę mój wywód o zbiorze reportaży pod redakcją Mariusza Szczygła. Lekturę gorąco polecam każdemu kto chce lepiej poznać nasz kraj.

czwartek, 24 marca 2011

Wiosenne zakupy w miękkich odcieniach...

Na blogu nie pisałam do tej pory o ubraniach, ale dzisiejszymi zakupami muszę się pochwalić. W sklepie przy ul. Żeromskiego kupiłam śliczne buciki na wiosnę z firmy „oleksy”. Tanie niestety nie były – 191 zł, ale według mnie są bardzo oryginalne. W tym samym miejscu nabyłam jesienią kozaki w podobnym kolorze i sprawdziły się świetnie. Mimo śniegu, zimna i soli nadal wyglądają bardzo dobrze. To też dowód na to, że warto inwestować w dobre, skórzane obuwie, można je nosić kilka sezonów. Torebkę wyszperałam z „szwajcarze” przy radomskim dworcu, a bluzkę we „friko” przy ul. Traugutta. W piątek ostatni dzień urlopu więc może jeszcze wybiorę się na małe poszukiwania.