niedziela, 22 maja 2011

XXIV Krajowa Wystawa Psów Rasowych - Radom

Już po raz kolejny byłam na wystawie psów rasowych w Radomiu. Dziś było bardzo gorącą więc właściciele poukrywali czworonogi w namiotach, aby do reszty się nie rozpuściły i nie dostały udaru słonecznego. Niestety przez to, nie można było ich podziwiać w pełnej krasie oraz pstrykać fotek. I jeszcze jeden minus dzisiejszej imprezy - nie zobaczyłam żadnego złotego cokcer spaniela. A te psy po prostu uwielbiam.

Czy rozmiar ma znaczenie?

Dla niektórych hodowców na pewno tak

Psiaki tej rasy potrafią nosić tak arystokratyczne imiona jak "Blask Księżyca Innowacja"

Niedźwiadek? ;)


Było tak gorąco, że wszyscy byli spragnieni


Bez komentarza

Prawdziwa psia gwiazda, mająca "parcie na szkło", prawie weszła w mój obiektyw

poniedziałek, 16 maja 2011

Cała prawda o blogach w jednym obrazku :)


Rysunek znalazłam w necie i nie mogłam go nie umieścić na swoim blogu. Gdy na niego patrzę na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Może jest w nim trochę prawdy? Jak myślicie? Pozdrawiam wszystkich blogerów, którzy mają dystans do tego co robią :)


Z pamiętnika niemłodej już mężatki

Skoro była wycieczka, to nie mogło zabraknąć jakiejś małej pamiątki. Nie, nie… nie dałam się naciągnąć ulicznym sprzedawcom na kupienie pluszowego smoka wawelskiego lub drewnianego lajkonika. Ostatniego dnia w księgarni trafiłam na książkę Magdaleny Samozwaniec „Z pamiętnika niemłodej już mężatki”. Nie ukrywam, że do zakupu skusił mnie fakt, że autorka pochodzi z zacnej krakowskiej rodziny oraz 25 proc. zniżka. Pisarka to wnuczka Juliusza Kossaka, córka Wojciecha Kossaka i siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej czyli nic dodać nic ująć. O jej osobie słyszałam już wcześniej, ale nie dane mi było poznać napisanych przez nią książek. Malutkie wydawnictwo, które trafiło w moje ręce to teksty odnalezione już po śmierci Samozwaniec i zredagowane przed dwoma laty przez Rafała Podrazę. Podobno wiele historii można przeczytać już w „Marii i Magdalenie” wydanej w latach 50. XX w., ale ja nie mając z powieścią nic wspólnego z ogromną przyjemnością i pozytywnym zaskoczeniem przeczytałam gawędy wydane w 2009 r.

Wspomnienia Magdaleny można podzielić na dwie części - wspomnienia dotyczące okresu międzywojennego z rodziną Kossaków w roli głównej oraz teksty dotyczące życia w Polsce powojennej. Opowieści o domu rodzinnym, perypetiach miłosnych sióstr i życiu ówczesnej inteligencji przybliżają świat z początku ubiegłego wieku, świat zupełnie nam nieznany. Samozwaniec z niezwykłą ironią obnaża konwenanse, kołtunerie i bigoterię ówczesnych mieszkańców Krakowa. Przytacza wiele ciekawych historyjek dotyczących bliskich i znajomych. Ale przyznać jej trzeba, że z samej siebie też potrafi się śmiać.

Druga część wypada trochę gorzej, psuję ciepłą atmosferę stworzoną na początku. Teksty są chwilami trochę nużące, jakby przegadane. Autorka wypowiada się z wyższością na wiele tematów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest satyryczką i taki przyjęła styl. Czasem znaleźć też można drobne niekonsekwencje. Moim zdaniem wynikają z tego, że notatki, z których powstało to wydawnictwo pisane były na przestrzeni lat i Samozwaniec po prostu zmieniała zdanie na wiele tematów. Zadziwiło mnie też, że jej zapiski czyta się jakby nie mieszkała w Polsce, albo Polska w latach 50., 60. i 70. to był kraj kolorowy i wesoły niczym ówczesna Francja. Nie znam jej biografii, ale ze wspomnień wynika, że w PRL-u musiała żyć na bardzo wysokim poziomie nie zdając sobie jakby sprawy, że jej czytelniczki otacza zupełnie inna, szara rzeczywistość i nie mają możliwość wyjechać np. do europejskich stolic. Chwilami w jej słowach można znaleźć nawet nutki pychy, ale na szczęście bardzo wdzięczne.

Książkę przeczytałam w drodze z Krakowa do Radomia, zupełnie nie mogłam się od niej oderwać i co czas jakiś parskałam śmiechem. Tekst na około 230 stronach przeplatany jest czarnobiałymi, archiwalnymi zdjęciami Magdaleny, jej rodziny i znajomych. Dodaje to wydawnictwu kolorytu i pozwala nam wyobrazić sobie rzeczywistość opisywaną przez pisarkę. Dziś wypożyczyłam już z biblioteki „Marię i Magdalenę” i zaraz zabieram się do czytania.

"Z pamiętnika niemłodej już mężatki" Magdalena Samozwaniec /// Fotka wykonana na krakowskim rynku

środa, 11 maja 2011

Kraków czyli urok dawnej stolicy Polaków

Tylko trzy dni i dwie noce, a czuje się jakbym na długi czas przeniosła się do innego świata i zostawiła za sobą wszystkie problemy. Jak widać Kraków potrafi zdziałać cuda. To miasto jest tak blisko Radomia, a właściwie go nie znam i byłam tam wcześniej zaledwie trzy razy. Teraz na pewno będę do niego wracać na kolejne niezapomniane „weekendy”. Jeszcze wiele miejsc z Łukaszem nie zobaczyliśmy, jeszcze wielu uliczek nie przeszliśmy. A warto, abyśmy z Krakowem poznali się bliżej. Dawna stolica Polski ma swój charakter i zazdroszczę osobom, które mogą tam mieszkać lub chociaż studiować. Poniżej kilka mniej lub bardziej udanych fotek z wyprawy. Może później wrzucę kolejne.
Bazylika Mariacka, którą na fotce musi uwiecznik każdy turysta. Zwiedzaliśmy ją też wewnątrz, ale nie daliśmy się naciągnąć na to, aby zapłacić 5 zł za robienie zdjęć dlatego żadnego tutaj nie dodam.

Sukiennice, a pod nimi otwarte dla zwiedzających podziemia Rynku. Nie robiliśmy żadnych zdjęć, bo nie pozwalała na to zbyt mała ilość światła. Ale sama wycieczka świetna. Muzeum zrobione w nowoczesnym stylu czyli bardzo multimedialnie, zabawa dla dużego i małego
 
Wieża ratuszowa na rynku

W niedzielę wszystkie muzea narodowe można zwiedzać za darmo. Zdążyliśmy więc zobaczyć Galerię Sztuki Polskiej XIX w. w Sukiennicach.

Galeria obrazów pod Bramą Floriańską
W pizzeri "Trzy Papryczki" przy ul. Poselskiej 17 zjedliśmy pierwszy obiad
mmm... pizza była świetna
a lokal naprawdę klimatyczny, jak większość w Krakowie
Wystawa na małym rynku, niestety nie wiem kto ją tam postawił i jaka była jej myśl przewodnia
Polecam wszystkim hostel "Nocny Kraków". Obsługa miła, chociaż niezby wylewna ;) czyste, jasne pokoje i łazienki oraz kuchnia dla gości.
Po prostu Kraków :)

wtorek, 3 maja 2011

W osiemdziesiąt dni dookoła Londynu

Zastanawialiście się kiedyś jakie książki lubicie? Po jakie gatunki najczęściej sięgacie? Na pewno tak. Ja też odnalazłam swoją niszę - reportaże. W ostatnich miesiącach kupuję tylko takie wydawnictwa i w przeważającej większości spełniają moje oczekiwania. Nie zastosuję tu chyba żadnego nadużycia gdy napiszę, że wręcz je połykam. Jedynie „Planeta Kaukaz” Wojciecha Góreckiego nie przypadła mi do gustu i czeka na swój czas.

„80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)”
Niedawno przeczytałam „80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)” Jarka Sępka. Jest to dosyć nietypowa książka podróżnicza. Jak wskazuje tytuł, autor poznaje świat nie wyjeżdżając ze stolicy Wielkiej Brytanii. Jak to się stało? Polski podróżnik i dziennikarz przyjmuje zakład od redaktora naczelnego słynnego magazynu „Geographical". Wzorem bohatera powieści Juliusa Verne’a Fileasa Fogga zgadza się w te kilkadziesiąt dni nagrać na dyktafon próbki 80 języków, którymi mówią mieszkańcy Londynu. Startuje 2 października, w 136. rocznicę wyprawy Fogga. Termin wybrał nieprzypadkowo - jest wielkim fanem tej powieści. Gdy czas minął w swojej kolekcji ma nietylko tak powszechne języki jak niemiecki, włoski czy polski, ale udaje mu się też zdobyć wiele egzotycznych - np. amaryjski, igbo, zulu, tigirinia czy kirgiski.

W książce Sępka zdziwiło mnie, że skupia się on raczej na opisywaniu poznanych przez siebie kultur w angielskiej rzeczywistości. Pokazuje jak np. Hindusi czy Polacy asymilują się na wyspach. Poświęca dużo uwagi samej Wielkiej Brytanii, jej historii. Jeden z podrozdziałów dotyczy np. londyńskiego metra. Myślałam, że autor więcej miejsca poświęci samym perypetiom związanym z poszukiwaniem osób posługujących się tymi wszystkimi językami. Najczęściej są one jednak skondensowane, tak jak to wyglądało w rzeczywistości. Bo gdy np. Sępek trafił na targi szkół językowych, w krótkim czasie jego kolekcja wzbogaciła się o kilka nowych próbek.

„80 dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)” to nietypowa podróż po Londynie, który jest prawdziwą mozaiką kultur i języków.

środa, 13 kwietnia 2011

Wojciech Mann, rockMann i inne gwiazdy

Wojciech Mann to znakomity dziennikarz, prezenter, znawca muzyki i jak się okazuje także pisarz. „RockMann czyli jak nie zostałem saksofonistą” to nie kolejna biografia prezentująca życie znanej osobistości od poczęcia do czasów gdy już sam poczynać sobie w życiu może. Pan Mann wspomina jak przez ostatnich kilkadziesiąt lat żył muzyką. Jak sam napisał była to egzystencja dosyć pasożytnicza, ponieważ sam żadnych kompozycji nie tworzył. Przeszedł jedynie drogę od słuchania i gapienia się do przekazywania tego, co lubi innym. I najważniejsze, że przez te wszystkie lata nigdy nie poczuł przesytu tym co robi, wciąż jest to dla niego ogromna pasja.

Książka nie jest tylko dla osób, które interesują się historią muzyki. Nawet tacy ignoranci jak ja z przyjemnością przeczytają o przygodach pana Manna z polskimi i światowymi gwiazdami estrady. Niektóre opowieści rozbawiły mnie do łez. Bo jak można się nie śmiać gdy czyta się jak Stevie Wander zmusił go do śpiewu na estradzie. „Nie miałem wyjścia. Wonder śpiewał, ja buczałem jak najciszej, a gwiazda, niezadowolona, dźgała mnie łokciem w bok (...) . Gdybym wiedział, że do czegoś takiego dojdzie, na czas pobytu Wondera udałbym się na wczasy do Bułgarii albo do NRD. No, ale stało się. Na szczęście na zdjęciach nie słychać jak śpiewałem.”

O tym kolorowym wydawnictwie nie ma co więcej pisać, bo nie można ocenić jego wartości literackich. Nie o to tu chodzi. "RockMann" jest dobrym sposobem na chandrę i relaks po stresującym dniu w pracy. Autor piszę z takim samym poczuciem humoru z jakim się wypowiada w radiu i telewizji. Przyjemnie się czyta o ludziach, którzy kochają to co robią, ale mimo profesjonalizmu mają do tego ogromny dystans. Dobrze się stało, że Mann napisał wspomnienia, pokazał, że w szarym PRL-u zdarzało się, że zaglądał do nas wielki muzyczny świat. I czasem bywało naprawdę zabawnie. Chociaż wówczas nieprzewidziane sytuacje traktował pewnie zupełnie inaczej. Ach… pozazdrościć mu można tych wszystkich przygód. Jest niebywałą osobowością.

Na koniec jeszcze jeden cytat, który mam nadzieję zachęci do lektury. Przy wyliczaniu pięciu najbardziej niezapomnianych koncertów można przeczytać: „Chciałem wyjść na światowca, bo obcy język robił wówczas duże wrażenie na obywatelach. Nie zrobił na policjancie, który mnie rozszyfrował, wepchnął do i w uznaniu moich zdolności lingwistycznych pozwolił wybrać, czy chcę dostać czarną czy białą pałą.”

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

"LIQUID" Karoliny Gleguły na żywo w Radomiu

W piątek po „Gali Dyplomej 2011” studentów Politechniki Radomskiej na widzów czekała jeszcze niespodzianka. Pokaz kolekcji LIQUID autorstwa Karoliny Gleguły. Projektantka otrzymała za nią Złotą Nitkę 2010 w konkursie dla młodych projektantów, który jest częścią odbywającego się w Łodzi FashionPhilosophy Fashion Week Poland. Jej kolekcja LIQUID zwyciężyła w kategorii pret-a-porter. Artystka inspirowała się architekturą a w szczególności projektami Zahy Hadid. Ubrania mimo to są bardzo kobiece i wytworne. Stroje dopełniają dodatki: buty i kopertówki, również zaprojektowane przez Glegułę. Matowe, stonowane barwy tworzą całość z pięknymi tkaninami - taftą i jedwabiem. Muszę dodać, że Karolina jest radomianką, która ukończyła ASP w Łodzi.



 









 
      




niedziela, 3 kwietnia 2011

„Gala Dyplomowa 2011” Politechnika Radomska

Do 4. edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland jeszcze miesiąc. Nie mam żadnych szans, aby chociaż jeden pokaz zobaczyć na żywo, ale zawsze pozostają relacje w prasie i internecie. Aby poczuć chociaż w niewielkiej części klimat takiego wydarzenia wybrałam się w piątek na „Galę Dyplomową 2011” studentów Katedry Wzornictwa, Technologii Obuwia i Odzieży Politechniki Radomskiej. Kolekcje były na bardzo różnych poziomie, ale wiele ubrań chętnie zobaczyłabym w swojej szafie. Poniżej kilka fotek z tego wydarzenia.