wtorek, 1 lutego 2011

Perfekcyjny "Czarny łabędź" Aronofsky'ego

Dziś jest poniedziałek, „Czarnego łabędzia” widziałam w kinie w sobotę i moje oczarowanie tym filmem nie mija. Darren Aronofsky stworzył obraz niezwykły. Krytycy, którzy rozpływają się na jego temat w swoich recenzjach mają w 100 proc. rację.

Na początek opis produkcji ze strony filmweb.pl (minimalnie skrócony i zredagowany)

Nina (Natalie Portman) jest baleriną w jednym z najlepszych zespołów baletowych w Nowym Jorku. Panuje tam zimne wyrachowanie. Baletnice zrobią wszystko, by zepchnąć w dół dziewczynę, która tylko stanie o stopień wyżej niż one. Zbliża się kres kariery Beth (mroczna Winona Ryder) i rozpoczyna się polowanie na jej miejsce w „Jeziorze Łabędzim". Główną rolą jest postać Odett, królowej łabędzi. Rola ta jest trudna, bo balerina będzie musiała grać zarówno słodkiego „Białego Łabędzia", jak i mrocznego „Czarnego". Oczywiście Nina pretenduje do roli tego pierwszego, ale czy będzie umiała pokazać pazurki i zatracić się w tańcu? Czas płynie, a dziewczyna desperacko próbuje odnaleźć swoją ciemną stronę.

I wokół szukania w sobie złej strony mocy zbudowany jest ten film. Główna bohaterka jest perfekcjonistką. Każdy jej krok na scenie przypomina matematyczne obliczenia. Jest też zarazem wrażliwa, subtelna, dziewczęca. Brakuje jej jednak charyzmy, emocji, spontaniczności, wewnętrznego erotyzmu aby odnaleźć w sobie drugą z postaci. Stara się z tym walczyć. Ale czym mocniej próbuje zmienić swoją psychikę tym bardziej staje się dla siebie samej wrogiem. Jej poukładany świat zaczyna się rozsypywać na kawałki. Przygotowania do roli niszczą ją wewnętrznie. Relacje z matką, toksyczne, ale poprawne ulegają zerwaniu. Świat realny zaczyna się mieszać z urojeniami. W pewnym momencie widz nie wie czy to co ogląda to jawa czy tylko wyobraźnia głównej bohaterki.

Obsesja i kompleksy sprawiają, że nie jest pewna swoich umiejętności. Czuje się zagrożona. Ale gdy prawdziwy wróg nie istnieje personifikuje go w postaci ślicznej Lily (Mila Kunis). Wydaje się jej, że dziewczyna tylko czyha, aby stać się solistką w „Jeziorze łabędzie” i robi wszystko, aby zdyskredytować koleżankę w oczach reżysera. Tak naprawdę dzieje się to tylko w głowie Niny. Lily staje się jej obsesją. Gdy na jednym biegunie pojawia się nienawiść na drugim odnaleźć można seksualne pożądanie do rówieśniczki. Czy zostanie ono zaspokojone warto przekonać się samemu.

Film zaskakuje też pod względem technicznym. Sekwencje kręcone z tzw. „ręki” nadają dynamizmu i realizmu. Często wędrujemy z bohaterka, widząc to co ona. Efekty specjalne dyskretnie, ale bardzo sugestywnie pokazują jak siebie i świat postrzega tancerka. Jej wewnętrzne demony wychodzą na zewnątrz. Dosłownie rozpada się na kawałki i przeobraża w wymarzonego czarnego łabędzie na naszych oczach. Ale fizyczna metamorfoza jest destruktywna dla Niny. Niszczy jej ciało i duszę.

Reżyser skupia się na szczegółach. Nie tylko w wyglądzie dziewczyny, ale także na tych związanych z przygotowaniem spektaklu. Pokazuje jak wygląda to od kulis. Mamy zbliżenia twarzy, dłoni, nóg. Uczestniczymy w całym chaosie przygotowań. Większe fragmenty "Jeziora" nie są zaprezentowane. 

Tak jak dobrą literaturę, tak produkcję Aronofsky’ego można interpretować na różne sposoby. Szukać w niej kolejnych warstw, odniesień, analogi. Część osób widzi w filmie wynaturzone dążenie do doskonałości w sztuce. Dla innych będzie to film o rywalizacji wśród młodych tancerek. Dla mnie jest o walce z kompleksami, pragnieniem spełnienia wygórowanych oczekiwań. O stresie, który bierze górę nad spokojem oraz zdrowym rozsądkiem, skrywanych głęboko emocjach zaczynających wybuchać ze zdwojoną siłą. Nina nie akceptuje siebie. Wciąż czuje, że powinna być kimś innym, chociaż tak naprawdę dobrze jej ze sobą. Wiele osób (m.in. ja) znajdzie w tym filmie analogie do własnego życia.

„Czarny łabędź” to niemal perfekcyjny film o perfekcji w życiu. Jest co oglądać i o czym myślec po wyjściu z sali kinowej.








czwartek, 27 stycznia 2011

Och, Karol i jego czarowna gromadka pań

Każdy z nas zna powiedzenie „darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”. Ja też nie zajrzałam i trochę żałuję. W środę dostałam podwójne zaproszenie na „Wieczór Filmowy dla Pań” w kinie Helios. W roli głównej film „Och, Karol 2” - podarek mnie ucieszył, bo byłam bardzo ciekawa tej produkcji promowanej z takich rozmachem. Niestety nie spodziewałam się, że jak na wejściówce jest napisane, że seans rozpocznie się o godz. 20, to tak naprawdę jego początek nastąpi godzinę później. Przez 60 minut musiałam oglądać konkursy prowadzone przez gwiazdę radomskiej konferansjerki. Osobiście nic nie mam do prostych i śmiesznawych zabaw z udziałem publiczności. Gdy jednak przeciągają się do godziny są naprawdę męczące. Jeśli będę mieć jeszcze okazję wybrać się na taki specjalny pokaz, przyjdę 40 minut po czasie.

Dobrze, ale już nie marudzę. Teraz trochę o filmie „Och, Karol 2”. Jest to całkiem sympatyczna i poprawnie zrealizowana komedia. Trudno jej zarzucić coś złego. Trwała 105 minut, a ja ani przez chwilę się nie nudziłam. Humor sytuacyjny i językowy nie był nachalny i prostacki. Wręcz przeciwnie lekki i w miarę inteligentny. Piotr Wereśniak i Ilona Łepkowska udowodnili, że zrobienie filmu, który ściągnie do kin tłumy to dla nich bułka z masłem.

Nie można pisząc o „Och, Karol 2” nie wspomnieć o pięknych paniach stanowiących istotę całej produkcji. Wszystkie sprawdziły się rewelacyjnie. Nie potrafię określić, która przypadła mi do gustu najbardziej. Marta Żmuda-Trzebiatowska, Małgorzata Foremniak, Katarzyna Glinka, Anna Mucha, Kasia Zielińska, Małgosia Socha – wszystkie miały swój urok oraz… piękne makijaże, bieliznę i boskie ciała. Po takim seansie można nabawić się kompleksów. Ale jak pocieszają znani prezenterzy w telewizjach śniadaniowych - te panie w rzeczywistości tak nie wyglądają, dlatego my szare statystyczne Polki, bez wyrzutów sumienia możemy sięgać po kolejne ciacho.

Jeśli już o ciachać mowa, to Piotr Adamczyk, że tak napiszę kolokwialnie coraz bardziej się wyrabia i coraz lepszy jest w rolach komediowych, chociaż nadal zbyt neutralny. Nie próbuję być na siłę śmieszny. Trochę pozuję na zagubionego chłopca, ale całkiem dobrze mu to wychodzi. Scena, gdy wyprowadzany jest z samolotu i krzyczy "Niemcy mnie biją" doprowadziła mnie niemal do łez. :)

Jak w każdej współczesnej komedii romantycznej nie mogło zabraknąć bajecznych scenerii, wnętrz, ciuchów - wszystko skrzyło się i błyszczało, tak było pięknie. Można powiedzieć, że „Karol 2” to czarowny ruchomy obrazek, który przede wszystkim ma nakarmić nasze zmysły, nic poza tym i aż tyle.

Jak przeczytałam w recenzji „Gazety Wyborczej” film w całości sfinansowany został przez prywatnych inwestorów. Czyli reżyser nie poszedł do Instytutu Sztuki Filmowej żebrać o nasze pieniądze. Jak każdy biznesmen musiał być pewny, że ma w rękach pewniaka, aby zaryzykować. Inni twórcy „weekendowego” kina bez pardonu wyciągnęli łapki po nieswoje pieniądze.

Poniżej opis filmu:
Karol prowadzi życie, o którym marzy niejeden mężczyzna. Uwodzi, flirtuje - i sprawia, że piękne panie są w siódmym niebie. Po prostu: kocha kobiety. Wszystkie bez wyjątku. I to mimo, że w domu czeka na niego narzeczona! Karol żyje pełnią życia. Do chwili, gdy miłosny raj zamienia się w domowe piekiełko. W końcu, narzeczona odkrywa prawdę o jego romansach. I planuje zemstę. Tak, by Karola - przez miłosne problemy - zabolała nie tylko głowa! Nie, nie robi mu awantury. Zaprasza do domu, wszystkie jego kochanki, aby w idealnym poligamicznym związku cieszyć się wspólnym życiem.
To chyba tyle o „Och, Karol 2”. Ja polecam – 1 godz. i 45 min dobrej, odprężająćej zabawy. W sobotę nie będzie już tak miło. Wybieram się na "Czarnego łabędzie".

Wszystkie poniższe fotki pochodzą z oficjalnej strony filmu: http://www.ochkarol2.pl/










środa, 19 stycznia 2011

Merde! Rok życia w Paryżu z Paulem Westem

„Merde! Rok w Paryżu” to książka, o której słyszałam od kilku lat w samych superlatywach. Dobrze wypowiadali się o niej nie tylko recenzenci, ale też znajomi. Zachęcona tymi opiniami sięgnęłam po najgłośniejsze dzieło Stephena Clarke’a i… jakoś zachwytu nie potrafię podzielić. Owszem jest to powieść zgrabna, napisana przymrużeniem oka, ale nie mogłam w niej znaleźć tego morza uszczypliwości Anglika wobec francuskiego stylu życia, o któym wszyscy mówili. Oczywiście autor czasem (albo nawet częściej) wypuszcza trochę jadu do żabojadów, ale podobnie zachowałby się każdy inny europejczyk widzący absurdalne podejście do życia mieszkańców tego kraju.

W książce znaleźć zaś można fragmenty, w których Paul West (główny bohater) chwali wręcz odwiecznych wrogów swojego Wielkiej Brytanii. To one nadają „Merde!” smaku, są przełamaniem całej konwencji i przynajmniej moją uwagę przyciąły. Przeczytać można m.in.: Paryskie metro nie na każdym odcinku budzi zachwyt, lecz w porównaniu do londyńskiego jest rewelacyjne. Pomarańczowa karta, Carte Orange, pozwala przez cały miesiąc korzystać bez żadnych ograniczeń z miejskich autobusów oraz wszystkich linii podziemnych za sumę porównywalną z ceną godzinnego biletu na londyńską Tube.” Mam nadzieję, że Stephen Clarke nie musiał się za to wyznanie ostro tłumaczyć we własnym kraju.

Wiele osób nie lubi określeń typu: literatura męska czy literatura kobieca, a według mnie „Merde” jest typowym przykładem książki skierowanej do panów. Opisy są bardzo szybkie, naładowane energię. Gdy autor piszę o seksie nie ma w tym ani odrobiny uczucia, romantyzmu czy chociażby erotyzmu. Bach bach i po sprawie – ważne, aby było miło. Gdy każe nam wsiąść do samochodu mknącego z ogromną prędkością po za zatłoczonych ulicach Paryża odnosi się wrażenie, że to pościg rydwanów lub bitwa.

W trakcie czytania miałam jeszcze kilka ciekawych refleksji, ale gdy wrażeniami z lektury nie podzielę się zaraz po jej przeczytanie niektóre z nich umykają. Książki powinnam więc chyba czytać z ołówkiem w ręku. Bywa śmiesznie, ale sal śmiechu z mojej strony nie było.

Nie lubię streszczać treści bo to praca daremna skoro wydawcy zrobili to za mnie. Jakby ktoś był zainteresowany opisem wklejam go poniżej.

Paul West, typowy Brytyjczyk – Hugh Grant połączony z Davidem Beckhamem – przyjeżdża do Paryża, by pomóc w otwarciu sieci angielskich herbaciarni. Spędza tam dziewięć miesięcy, podczas których na własnej skórze odczuwa wady i zalety bycia cudzoziemcem we Francji – kraju, gdzie rok zaczyna się we wrześniu, najczęściej uprawianą dziedziną sportu są strajki, a z powodu psich odchodów zostawianych na ulicach do szpitala trafia ponad sześciuset paryżan rocznie. Współpracownicy usiłują oczernić go w oczach szefa. Sam szef, początkowo sprawiający sympatyczne wrażenie, również ma na sumieniu kilka niecnych postępków. Bohaterami pozytywnymi są w zasadzie tylko kobiety... Merde! Rok w Paryżu to nie tylko wciągająca i niezwykle zabawna powieść przygodowa. Książka jest również doskonałym przewodnikiem, radzącym, jak skutecznie składać zamówienia w kawiarni, jak przyrządzić sos vinaigrette, żeby się nie zwarzył, jak kochać francuskie kobiety i wreszcie dlaczego na pewno nie należy kupować domku na wsi. Pierwsze wydanie książki autor opublikował własnym sumptem w liczbie zaledwie 200 egzemplarzy. Powieść stała się jednak szybko bestsellerem. Prawa do jej przekładu kupiły wydawnictwa z kilkunastu krajów, w przygotowaniu jest również adaptacja filmowa. W 2005 roku ukazał się kolejny tom przygód Paula Westa – Actually Merde.
Obecnie zaczytuje się w książce „Kapuściński. Non – fiction”. Jestem dopiero na 131 stronie, do przeczytania pozostało mi jeszcze ponad 400, ale już dziś mogę napisać, że każda kolejna przewrócona karta to jak kolejny krok w podczas niezwykłej wędrówki. Może brzmi to euforycznie i grafomańsko, ale Artur Domosławski zabiera nas w podróż po życiu Ryszarda Kapuścińskiego. Nie jest to jednak hagiografia. W najbliższych dniach wybieram się też do kina na "Czarnego łabędzie" - trailery wyglądają NIESAMOWICIE. Służbowo dostałam też zaproszenia na "Och, Karol 2" więc z czystej ciekawości pójdę pooglądać prężące sie gwiazdy polskiego kina.

wtorek, 11 stycznia 2011

Trzy książkowe nowości

Poniżej moje trzy nowe nabytki. Kupiony w Empiku w super cenie "Kapuściński non-fiction". Normalnie książka kosztuje 54 zł, ja zapłaciłam 30 zł. Zachwalane przez wielu (więc musiałam to przeczytać) wydawnictwo "Merde! Rok w Paryżu" i genialny słownik obrazkowy z 20 tys. haseł. Może niektórym wyda się to infantylne, ale słówka o wiele lepiej się zapamiętuje gdy widać przedmioty, które nazywają (w słowniku są tylko rzeczowniki). I gdzie znalazłabym takie hasła jak: imadło do rur czy mięsień brzuchaty łydki.

Nie zmienia to jednak faktu, że mam ogromne wyrzuty sumienia ile wydaję ostatnio na książki. Ale tak to już jest, że jak mam za dużo wolnego czasu, to wydaję za dużo pieniędzy (właśnie kończę urlop). Oczywiście zawsze sobie tłumaczę, że to są KSIĄŻKI, a nie kolejny ciuch czy inna bzdura. Ale mimo wszystko muszę być rozważna w tej materii. :)


"Siostruń" pląsy po morderczej zupie

Już ponad tydzień minął odkąd obejrzałam „Siostrunie” Dana Goggana. Jak można przeczytać na stronie internetowej teatru „akcja przedstawienia rozpoczyna się w momencie, gdy na skutek eksperymentów kuchennych siostry Julii, w klasztorze umierają 52 zakonnice. W tej sytuacji współ-siostrzyczki pilnie potrzebują środków na pochówki. Wspólnie postanawiają, że najlepszym sposobem na zgromadzenie niezbędnych funduszy będzie zorganizowanie zaimprowizowanego show, w którym wystąpią... one same. Pomysł wydaje się lekko niedorzeczny i nieco karkołomny, ale czy na pewno?”. Jak można przeczytać dalej „ to pogodna, dowcipna, roztańczona i rozśpiewana komedia, w której nie brakuje zabawnych historyjek z codziennego życia konwentu. W spektaklu pojawiają się elementy musicalu, opery, wodewilu, gospel, rytmn'bluesa, a nawet... country i swingu.”

Wszystko co powyżej zacytowałam jest niby prawdą, jednak sztuce "czegoś" brakuje. W moim przekonaniu jest nawet dosyć nijaka. Nie chce nikogo obrażać, ale wydaje mi się, że przygotowywano ją z myślą o osobach w średnim wieku, które do teatru wybierają się, po to aby posłuchać kilku melodyjnych piosenek przeplatanych krótkimi, prostymi dialogami, następnie zaś udają się do domu i o całej sprawie zapominają. Spektakl nie zachęca do najmniejszej chociaż refleksji, a ja tego nie kupuję. I niech nikt nie myśli, że lubię tylko poruszające do szpiku kości dramaty, gdzie krew i łzy leją się gęsto i często.

Nie ma co ukrywać, że Mary Regina, Mary Hubert, Mary Roberta Ann, Mary Leo i Mary Amnesia mają być sympatyczne, milutkie, śmieszniutkie i do przytulenia. Chwilami zaś swoją głupotą doprowadzać widownię do salw śmiechu. Dlaczego jednak aktorki nie włożyły w swoje postaci więcej serca i nie sprawiły, że zaczęłam wierzyć, że naprawdę tych pieniędzy potrzebują, a ich perypetie i problemy są prawdziwe. Szczególnie sztuczne było zachowanie Mary Reginy (w tej roli Izabela Brejtkop-Frączek) gdy nawdychała się kleju. Chociaż jak można było usłyszeć wielu bawiły żarty gdy siostra po tym zdarzeniu włożyła sobie piłkę pod habit i mówiła o niepokalanym poczęciu. Wiele drewnianych „dowcipów” po tygodniu już uleciało z mojej pamięci i już ich nie przytoczę - ale może to i dobrze.

Na co jeszcze ponarzekam? Po raz pierwszy chyba na scenografię. W „Kochanowskim” zawsze była świetna, szczególne wrażenie robi w musicalu „Piaf” i „Skrzypek na dachu”. W „Siostruniach” pasuje do spektaklu jak kwiatek do korzucha. Sala gimnastyczna kompletnie nie współgra z tym co robią zakonnice. Niby w przedstawieniu uzasadniono dlaczego panie się tam znalazły. Ja jednak wolałabym oglądać siostry w klasztorze. Spektakl byłby dla mnie wówczas bardziej wiarygodny.

Nie chce jednak tylko krytykować. Jak zawsze zachwycona byłam osobowością i głosem Patrycji Zywert (wcieliła się w postać Mary Roberty Ann). Była prawdziwą petardą.

wtorek, 4 stycznia 2011

Jonathan Carroll i biegunka słowna

Ale ten mój blog jest nudny. Nic się tu nie dzieje. Jeśli tu zajrzeliście to jesteście prawdopodobnie moją rodziną, chłopakiem lub kimś ze znajomych. A jeśli poprzednie opcje odpadają, to pewnie Google wpuściły Was w maliny. Na szczęście pewnie palec macie już na przycisku escape i nigdy więcej Ty i mój blog się nie spotkamy, więc do następnego przypadkowego spotkania... ;D
Chociaż z niektórymi już się pożegnałam, to dla tych co zostali zacznę od początku. Mam na swojej półce, a dokładnie na podłodze kilka książek, które rozpoczęłam, ale nie potrafię skończyć. Cały czas myślę, że przyjdzie ich kolej, ale różnie to może być. Nie wypadało jednak nie przeczytać świątecznego prezentu. Dlatego za „Oko dnia” Jonathana Carrolla zabrałam się jeszcze w Boże Narodzenie.
Jak można przeczytać na okładce wydawcnictwa: „Jonathan Carroll to jeden z najpopularniejszych w Polsce pisarzy amerykańskich. Wiedeńczyk z wyboru, twórca magicznych światów przelanych na karty książek”. Może jestem ignorantką, ale niestety nie miałam przyjemności przeczytać wcześniej żadnego tytułu tego pana. Trafiłam, a właściwie trafiło do mnie dopiero „Oko dnia”. I może fakt, że nie znałam wcześniejszych dokonań pisarza sprawił, że ten blog (tak jest to skopiowany blog Carrolla) według mnie jest totalną pomyłką. Autor piszę to co mu ślina na język przyniesie. Rozważania o sztuce pisarskiej łączą się ze wspomnieniami i refleksjami o najnowszym modelu Nokii. Nie ma żadnego ładu i składu. Blog jako internetowy autochton powinien pozostać w swoim świecie. Nie można na siłę przenosić go na papier. Ma on sens gdy uzupełniany jest regularnie przez autor, a czytelnicy śledzą na bieżąco kolejne wpisy. Gdy siadamy wieczorem z książką i chcemy przeczytać więcej, miesza się to w ciężkostrawną breję.
Jestem ciekawa co skłoniło Carrolla do tego, aby wydać swój internetowy dziennik. Czy była to duża liczba zer od wydawcy? Nie zmienia to jednak faktu, że chętnie kiedyś sięgnę m.in. po „Szklaną zupę”.

A pisarzowi radzę, aby zastanowił się głębiej nad własnym wpisem z 6 sierpnia 2008 r. Wspomniał w nim o blogach, które przestają być czymś interesującym a przypominają coraz częściej słowną biegunkę.

W najbliższych dniach postaram się napisać parę słów o "Siotruniach", które obejrzałam w Teatrze Powszechnym w Radomiu. A dziś kupię sobie chyba "M jak merde". Dawka dobrego humoru na pewno się przyda.

wtorek, 7 grudnia 2010

Gdybym tylko o tym zawsze pamiętała

„Przede wszystkim nie można siebie za wszystko winić. Gdybym tylko o tym zawsze pamiętała.” Tak kończy się tekst Karoliny Domagalskiej „Czemu winne są trzydziestki” w tygodniku „Wysokie obcasy”. Gdy go czytałam miałam wrażenie, że ktoś przelał na papier moje własne strachy i przekonania. I chociaż nie mam 32 lat ,a ‘jedynie’ ćwierć wieku i nie jestem singlem po raz pierwszy utożsamiłam się z obawami bohaterki.

A jakie obawy i przekonania nas łączą? Też skończyłam studia i czuję presję społeczeństwa, że muszę być dorosła, odpowiedzialna, spełniona. Aby osiągnąć glorię chwały w moim wieku powinnam mieć dyplom (to się udało) męża i dziecko. Gdy tego nie ma powinnam brać się do roboty, aby nie wyjść na damską wersję Piotrusia Pana. A jeśli tak jak Dorota chciałabym zmienić zawód to jest to trochę nienormalne. W moim wieku jedynym moim celem powinna być chęć stworzenia rodziny, szczególnie jeśli nie ma się męża i dzieci.

Najgorsze w tej sytuacji jest to, że ja tego męża i dzieci chce mieć, tylko wkurza mnie jak wszyscy wkoło przypominają o cykaniu zegara biologicznego. O tym, iż do 30 to ja mam już z górki. I jak się nie pośpieszę, to koledzy mojego spóźnionego potomstwa będą myśleć, że jestem ich babcią. Nie chcę, aby moim jedynym celem w życiu była chęć rozmnożenia się. Cudowne to było uczucie mając naście lat, gdy głowę wypełniały marzenia – kim będę jak dorosnę, gdzie będę pracować, mieszkać… Teraz pracuję tam gdzie chciałam, mieszkam gdzie mieszkałam i jestem dorosła. Wypadałoby jedynie brać co daje życie i zrealizować cel postawiony przez naturę.

Brak marzeń, możliwości jakie się miało przed laty bardzo delikatnie pisząc przytłacza. Nie tylko Dorota słyszy teksty „odblokuj się, uwierz w siebie, jesteś panią swojego losu”. To wszystko podobnie jak u niej wywołuje niepotrzebne poczucie winy, że nie jestem życiowo wystarczająco dobra, nie osiągnęłam sukcesu (chociaż, co to słowo w ogóle znaczy?).

„Przede wszystkim nie można siebie za wszystko winić. Gdybym tylko o tym zawsze pamiętała.”

poniedziałek, 29 listopada 2010

Duża i smaczna dawka Śmietany

W sobotę wybrałam się z Łukaszem na koncert "Jesienna suita" Jarosława Śmietany. Na scenie zaprezentowali się: Jazz Combo, Radomska Orkiestra Kameralna oraz sam autor. Nie znam się kompletnie na jazzie, muzyka wykonywana przez orkiestry smyczkowe też jest mi obca, ale koncert był rewelacyjny. Bawiłam się świetnie, nawet nie wiem kiedy minęło prawie 3 godziny. Polecam wszystkim występy Śmietany. Facet jest genialny.







piątek, 5 listopada 2010

"The Social Network" znany jako Facebook

Film „The Social Network” powszechnie znany jako „Facebook” nie cieszy się wśród radomskiej publiczności zbyt dużym zainteresowaniem. W niedzielę 31 października oglądaliśmy go z Łukaszem tylko we dwoje. I w sumie zupełnie dobrze zniosłam fakt, że nikt mi nie zasłaniał, nie ciamał, nie sapał i głośno nie komentował tego co dzieje się na ekranie. Takie prywatne seanse są nawet bardzo sympatyczne…

Produkcja Davida Finchera bardzo mile mnie zaskoczyła. Chociaż od znajomych słyszałam, że „TSN” jest całkiem niezły, to gdy szłam do kina niczego specjalnego nie oczekiwałam. Pomyślałam - ktoś wykorzystuje 15 minut sławy FB i chce zbić na tym kasę. Na szczęście bardzo mile się rozczarowałam. Produkcja okazała się niesłychanie dobra. Przez 120 minut maksymalnie skupia uwagę. Nie wolno nawet na chwilę się wyluzować, aby nie zgubić wątku.

Opowieść zbudowana jest wokół procesu jaki Markowi Zuckerbergowi (Jesse Eisenberg), twórcy największego dziś portalu społecznościowego założył jego dawny kumpel, współtwórca FB oraz bracia Winklevoss. Bliźniacy twierdzili, że pomysł na fejsa należy do nich. Dzięki tym dwóm sprawom poznajemy genezę powstania biznesu.

Film to na pewno nie laurka wystawionymi Markowi. Fincher pokazuje go na początku jako aspołecznego introwertyka skupionego na swoich przyziemnych potrzebach i problemach. Z czasem staje się internetowym gigantem, oszustem, który myśli tylko o rozwoju swojej firmy. Co dziwne jednak, nigdy nie zależy mu na pieniądzach – raczej na otwieraniu kolejnych drzwi, pokonywaniu kolejnych szczebli drabiny, która nie ma końca.

Ciekawą postacią w filmie, nadającą całości smaczku jest Sean Parker. W tę rolę znakomicie wcielił się Justin Timberlake. Był szalonym, demonicznym, niekiełznanym dzikusem, który Zuckerbergera próbował sprowadzić na złą drogę. Na szczęście zaszkodził tylko sam sobie.

Charakteru filmowi nadała też muzyka muzyka Trenta Reznora.



wtorek, 2 listopada 2010

Miało być śmiesznie, a było męcząco...

Półtora miesiąca to bardzo dużo. Niestety jak widać, aż na tak długi czas porzuciłam blogowanie. Przytłoczona innymi obowiązkami nie byłam w stanie skupić się na pisaniu. Na szczęście ważną życiową sprawę udało mi się wreszcie zamknąć i teraz prawdopodobnie będę mieć więcej czasu dla siebie i dla „Zapisek na kartce”. Hmmm… nie prawdopodobnie, na pewno będę mieć więcej czasu i mam już w głowie pewne pomysły, aby uatrakcyjnić wpisy.

Chciałabym, aby w przyszłości na blogu pojawiało się więcej zdjęć. Czekam właśnie na wymarzony aparat. Zdecydowałam się kupić w sklepie internetowym używanego Nikona d3000, więc realizacja planu jest coraz bliższa. Mam tylko nadzieję, że nie będę żałować tej decyzji i zaoszczędzonych w ten sposób 300 zł. Bo jak wiadomo, zakupy on-line nie zawsze kończą się dobrze. Chociaż ja do tej pory (odpukać) nie zostałam przez nikogo oszukana i chyba swoim postępowaniem chce się tego doigrać. Ale jestem dobrej myśli.

Przez ostatnie półtora miesiąca nie miałam wolnych chwil na czytanie, ale udało mi się wybrać do kina na „Śluby panieńskie” i obejrzeć komedię „Boeing, boeing” teatru Studio Buffo. Co do filmu, to zupełnie mi się nie podobał. Miałam wrażenie, że jest zabałaganiony i chaotyczny. Niby aktorzy bawią się językiem Aleksandra Fredry, ale brakuje im finezji, pomysłu, aby trafić do współczesnego widza. W napięciu stara się on śledzić, kto z kim i dlaczego, ale w pewnym momencie, ten kto nie czytał w szkole dramatu (lub streszczenia) i tak się zgubi. Filip Bajon zrobił kino dla uczniów, kino, które ma trafić do mas. A dodatkowo niebywała wręcz promocja jak na polskie warunki na pewno zapewni niebywałą frekwencje na widowni. Ja już sama nie wiem, czy klasyka polskiej literatury powinna trafiać na duży ekran. Niektóre produkcje są naprawdę świetne np. „Przedwiośnie” tego samego reżysera. Ale już „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza to raczej smutna część polskiej kinematografii.

„Boeing, boeing” gościł niedawno Radomiu. Jest to zgrabna komedia pomyłek, ale raczej nie w moim guście. Wymęczyłam się nieźle oglądając przez dwie godziny sztuczne nieporozumienia bohaterów. Oczywiście chwilami było naprawdę śmiesznie i uśmiech pojawiał się na mojej twarzy, ale nie jest to powód, abym przedstawienie oceniła jako dobre. Możliwe, że zupełnie inaczej bym go odebrała oglądając w teatrze, a nie w sali koncertowej, której nagłośnienie jest fatalne. Zdarzało się, że nie mogłam zrozumieć aktorów. Szczerze mówiąc chyba drugi raz nie wybiorę się na tego typu komedię. Poniżej krótki opis fabuły pobrany ze strony teatru, jakby ktoś jednak zastanawiał się nad wydaniem kilkudziesięciu złotych.

„Sztuka opowiada historię Maksa, którego życie uczuciowe i erotyczne regulowane jest przez międzynarodowy rozkład lotów… Maks ma aż trzy narzeczone, wszystkie są stewardesami, a każda z nich sądzi oczywiście, że to ona jest tą jedyną. Dzięki precyzyjnej organizacji i pomocy niezawodnej choć nie stroniącej od sarkastycznych uwag służącej, Maksowi zawsze udaje się skoordynować wizyty kolejnych narzeczonych, które zresztą, jak twierdzi, kocha jednakowo… Co stanie się jednak, gdy z powodu niewielkich zmian w ruchu lotniczym, wszystkie one zjawią się u Maksa niemal w tej samej chwili?”

Oczywiście byłabym niesprawiedliwa, gdybym o „Boeing, boeing” napisała tylko źle. Cezary Kosiński w roli Nadi był REWELACYJNY. Zresztą wszyscy aktorzy byli dobrzy, tylko sztuka nie na ich możliwości aktorskie.




"Boeing, boeing" Gabriela Getzky


"Śluby panieńskie" Filipa Bajona