poniedziałek, 24 maja 2010

„Królowe Brytanii” Przemysława Wojcieszka

Przemysław Wojcieszek pokazał w Teatrze im. Kochanowskiego w Radomiu swój najnowszy spektakl „Królowe Brytanii”. Jeśli ktoś myśli, że reżyser na przekór wszystkim postanowił tym razem przenieść się w przeszłość, ten się grubo myli.

Akcja dzieję się w 2010 r., w niewielkim mieście, ot takim choćby jak Radom. Ela wraca po ponad dwóch latach z Anglii, a jej życiem kieruje chęć zemsty na byłym kochanku. Chce go zabić za spowodowanie śmierci córeczki Natalki. Ma na ten cel odłożoną sporą sumę pieniędzy. Czy jednak znajdzie się ktoś, kto zechce i zdoła wykonać zadanie?


Z minuty na minutę okazuje się jednak, że główna bohaterka wcale nie jest taka święta i zupełnie bez winy. Ona także była w samochodzie, w którym jechało jej dziecko. Niestety nie zrobiła nic, aby mu pomóc. Nie mogła, nie chciała? Na to pytanie odpowiedź trzeba znaleźć samemu.

W roli „królowej” jak zawsze rewelacyjna Aleksandra Bednarz. Jej bohaterka, to niełatwa postać do zagrania, wydaje się, że raczej ciężko ją polubić. Aktorce udaje się jednak pokazać skomplikowaną naturę Eli, jej nieodpowiedzialność, rozchwianie emocjonalne, butność i pretensje do całego świata, że nie działa tak jakby ona chciała.
 
Gościnnie w radomskim teatrze zagrał też Krzysztof Czeczot. Oczywiście nie mogę się powstrzymać, aby nie napisać, że to kolega „Brzyduli”, chociaż jego samego to porównywanie pewnie nieźle wkurza. W „Królowych Brytanii” w roli "dresa", brata przyrodniego Elżbiety był niezwykle przekonujący. Gesty, mimika, chód, wszystko było bardzo autentyczne, a prawo do wyrokowania takich sądów daje sobie z tego względu, że moje miasto nazywane jest przez złośliwych "wioską olimpijską". Na pierwszy rzut oka postać grana przez Krzysztofa wydaje się być miła i sympatyczna, zresztą jego fizis sprawia chyba na każdym takie wrażenie. Jednak nie jest on taki słodki i święty. Lubi się zabawić, poszaleć, postraszyć.

Wojcieszek pokazuje nam historię o zemście, miłości, ofierze, ludzkich słabościach i wstrętnych uczuciach. Klimat całego spektaklu jest bardzo mroczny i ponury. Zdarzają się momenty śmieszne, ale jest to raczej czarny humor jak np. sprawa odstrzelonego palca byłego kochanka. Atmosferę grozy, niepokoju i tajemniczości pogłębia scenografia, chociaż muszę przyznać, że po wejściu na salę byłam nią trochę zawiedziona. Oddaje klimat starych hal fabrycznych, zapuszczonych mieszkań i ciemnych klubów.

Spektakl polecam wszystkim.

Schizofrenia lekka i przyjemna

„Nie oceniaj książki po okładce” - to zdanie powtarza się każdemu dziecku już w szkole podstawowej. Nie wszystkie maluchy udaje się jednak przekonać i wyrastają z nich dorośli, którzy zupełnie tę zasadę ignorują. Taką osobą jestem ja i nie zamierzam się tego wstydzić, chociaż spowiadam się z tego już przy drugiej recenzji. „Małą Angielkę. W Paryżu, zakochaną i w tarapatach” nabyłam w radomskiej księgarni Matras skuszona dużą obniżką i kolorową okładką. „Skoro nie mogę kupić sobie żadnego ciucha, bo a to za drogi, albo za mały to chociaż książką sprawie sobie przyjemność” tłumaczyłam w głowie nieprzewidziany zakup. Na szczęście decyzji nie żałuję, okazała się strzałem w dziesiątkę i „Mała” bardzo mi się spodobała.
Fabuła książki nie jest ani oryginalna, ani zaskakująca. Młoda Angielka, Catherine realizuje swoje życiowe marzenie i po studiach językowych przeprowadza się do stolicy Francji. Poznaję miłość swojego, życia zwanego panem Żabojadem. Następnie na świat przychodzi córeczka – Kijanka. Niezbyt rozmowny partner, nazbyt zajęty pracą, nie zaspakaja potrzeb emocjonalnych młodej partnerki. Aby dać upust kłębiącym w głowie emocjom, Katarzyna zakłada blog, opisuje swoje doświadczenia, perypetie rodzicielskie i uczuciowe. Ku jej zaskoczeniu zdobywa on ogromną popularność. Pod każdym postem znajduje kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt komentarzy. Rosnące zainteresowanie czytelników sprawia, że pisze jeszcze więcej. Tworzy sobie alternatywną rzeczywistość. Chociaż relacjonuje swoje prawdziwe życie, to nawet nieświadomie zawsze go trochę ubarwia. Dzięki swojej pisarskiej działalności poznaje Jamesa. Nowy mężczyzna przypomina jej, że nadal jest kobietą, piękną kobieta, która potrafi kochać, pożądać i uwodzić. Gotowa jest dla niego przekreślić całe swoje dotychczasowe, uporządkowane życie. Wydaje się jej, że relacja, którą stworzyła jest w stanie pokonać każdą przeciwność. Los pisze czasem przedziwne zakończenia.


W czym tkwi fenomen „Małej Angielki”, książki lekkiej, przyjemnej, niby nie różniącej się od setek innych? Otóż pokazuje schizofrenię współczesnego świata. Egzystujemy w dwóch rzeczywistościach – realnej i internetowej. Catherine prowadzi bloga, niby przedstawia w nim codzienne historie, jednak nie jest tak do końca sobą. W tej wykreowanej postaci zadurza się James i wybucha płomienny romans. Bardzo wielu osobom zdarza się udawać w sieci kogoś innego, chociaż nie zdaje sobie z tego do końca sprawy. Nawet wrzucając zdjęcia na Naszą Klasę (przepraszam, chyba teraz wypadałoby napisać Facebook, N-K jest skazana na banicję za zbytnią przaśność) na tle nowego auta czy z wycieczki w Grecji kreujemy swój wizerunek. W necie każdy chce być atrakcyjniejszy. Cz można przed tym uciec? Wydaje się, że wystarczy wykorzystywać internet tylko do pracy. Ale każdy wie, że jest to zupełnie nierealne. Znajdujemy tam rozrywkę, przyjaciół, zainteresowanie i namiastkę prawdziwych relacji.

Książka skłania do refleksji nad stałością naszych uczuć, wiernością i tym jak rozdzielać cyberświat od realnego. Warto na zakończenie dodać, że autorka Catherine Sanderson opisała własne doświadczenia, nie zmieniając nawet imienia głównej bohaterce, a blog Petite Anglaise istnieje naprawdę.

poniedziałek, 22 marca 2010

Napisz do mnie Leo Leike

W powieści epistolarnej wymienianie między bohaterami pełnią funkcję nośnika narracji. Listy mogą się niekiedy przeplatać z fragmentami dzienników. Szczyt popularności osiągnęła w XVIII w. Gdy w XIX w. w literaturze pojawił się narrator wszechwiedzący, popularność tej formy znacznie się zmniejszyła. Na szczęście jednak nie zniknęła zupełnie. A w XXI wieku przybrała zupełnie nową formę. Zamiast listów są teraz e-maila.

W swojej najnowszej powieści „Napisz do mnie” postanowił je wykorzystać Daniel Glattauer. Okładka w polskiej wersji językowej krzyczy intensywnymi kolorami mającymi przyciągnąć w księgarni znudzonego czytelnika. Wewnątrz kryje się jednak bardzo ciekawe wnętrze, które z czystym sumieniem mogę polecić do skonsumowania.

Nowa powieść epistolarna w przeciwieństwie do tej tradycyjnej bardziej przypomina dialog dwojga zafascynowanych sobą ludzi. Nie są to długie, wielostronicowe wyznania i wynurzeni kochanków. Jest krótkie pytanie i za kilka minut jest krótka odpowiedź. Dzięki temu książkę czyta się bardzo szybko i lekko. Dla mnie zawsze jest to plus. Nie przepadam za długimi opisami i komplikowaniem akcji.


Lubię w książkach realizm. Lubię mieć wrażenie, że kogoś „podglądam”, obserwuje jego codzienne życie. Może nie jest to najlepsza cecha, może to efekt wychowywania się w czasach gdy programy reality show biły rekordy popularności. A być może to zwykła ludzka wścibskość. Nigdy nie miałam siostry, nie mogłam też bez pozwolenia zaglądać do jej pamiętnika. W przypadku „Wróć do mnie” bez pozwolenia otwieram skrzynkę pocztową fikcyjnej postaci i mogę czytać coś co niby jest dla mnie zakazane. Tajemnica korespondencji jest przecież prawie święta. Ale oczywiście nie robię tym nikomu krzywdy.

Powieść ma ponad 200 stron jednak ani przez chwilę nie nudzi. Nie ma dłużyzn, o ironio nic w niej nie jest przegadane. Cały czas czuć napięcie pomiędzy rozmówcami. Do ostatnich linijek tekstu nie wiadomo jak zakończy się relacja internetowych kochanków. Czasem tylko pojawia się myśl „Po co tyle słów, spotkajcie się wreszcie”…

Teraz czekam na książkę napisaną w formie rozmów na gg albo sms’ów. A może taka już jest?

Rozgadałam się strasznie o plusach nowej powieści epistolarnej, że zupełnie zapomniałam przytoczyć w paru zdaniach kim jest dwójka uroczych bohaterów.

Emmi, szczęśliwa mężatka, matka, pracownik branży reklamowej chce zrezygnować z prenumeraty czasopisma. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że myli w adresie jedną literkę i korespondencja trafia do prywatnej osoby. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie. I tak od słowa do słowa pomiędzy kobietą a Leo Leike’m właścicielem pechowego adresu pojawia się wzajemna fascynacja.

Gorąco polecam „Napisz do mnie” Daniela Glattauer’a” i czekam na „Wróć do mnie”, które jest już w przygotowaniu.

PS Tak zupełnie z innej bajki. Dziennikarze czasem tracą czasoprzestrzeń W sobotę z ust jednego z nich usłyszałam „cofnijmy się do teraźniejszości”. Bardzo lubię takie językowe lapsusy. Dzięki nim świat jest kolorowy.

sobota, 20 marca 2010

Zamiast Tricku wolałabym Sztuczkę

„Nowy film Jana Hryniaka wyróżnia znakomity scenariusz Michała J. Zabłockiego, fabuła, której zaskakujące >>przewrotki<< nie pozwalają widzowi na chwilę wytchnienia, realizacyjny rozmach, oraz inteligentny dowcip. >>Trick<< jest również okazją dla wielkich gwiazd polskiego kina na poszerzenie swojego ekranowego wizerunku.” Taki krótki opis filmu można znaleźć na portalu gazeta.pl i tylko w małej części się z nim zgodzę. Piotr Adamczyk, Andrzej Chyra i Robert Więckiewicz dzięki temu obrazowi mieli nareszcie szanse zagrania w innym gatunku filmowym niż to im się zwykle zdarza. Na pewno okaże się to cenne w ich CV. A co z tego obrazu będą mieć widzowie?

Chyba niezbyt wiele. Na mnie sprawił wrażenie trochę przegadanego, nie było momentu, w którym aktorzy by zamilkli. A czasem więcej mówią, gesty, mimika, emocje. Czasem się zdarza, że najciekawsze jest to co niedopowiedziane. Z drugiej jednak strony tych niedopowiedzeń u Hryniaka było zbyt wiele. Szybka akcja nie ukryła nielogiczności i niedoróbek scenariusza. Widz może się chwilami zgubić i nie wiedzieć kto, co, z kim i dlaczego. Wiele wątków jest niewytłumaczonych np. w jaki sposób panowie „przestępcy” wyrobili sobie paszporty. Czy mieli w drukarni jakieś znajomości? Ja się tego nie dowiedziałam.

Bardzo lubię Karolinę Gruszkę, jest świetną aktorką, a do tego nie ma co dyskutować – piękną. W „Tricku” gra Elżbietę dziewczynę głównego bohatera Marka (Piotr Adamczyk). Zdaję sobie sprawę z tego, że w założeniu scenarzysty i reżysera ma grać niby głupiutką osóbkę, jakby trochę półprzytomną, która nie zdaje sobie sprawy na jakim świecie żyje. Ale Gruszka chyba użyła w filmie zbyt wyrazistych środków aktorskich, sprawdzających się raczej w teatrze. W kinie przydałoby się troszkę więcej subtelności. Jej postać broni się na szczęście na końcu filmu, kiedy okazuje się, że jednak taka ostatnia to Elżbietka nie jest i potrafi walczyć o swoje, a właściwie o swojego faceta.

Andrzej Chyra i Robert Więckiewicz zagrali jak na aktorów ich klasy przystało. Nie można im niczego zarzucić. Podobnie rzecz się dzieje z Piotrem Adamczykiem, który chyba tylko mi w tym kraju nie kojarzy się z jedynym prawdziwym papieżem. Zaskoczeniem była zaś Agnieszka Warchulska, której zewnętrzność zawsze mnie odpychała. W filmie prezentowała się bardzo fajnie i grała niezwykle lekko.

„Trickowi” daleko chociażby do „Vinciego" Machulskiego, gdzie był i dowcip i świetne dialogi. U Hryniaka tego wszystkiego brakuje. Zastanawia mnie też dlaczego polski obraz, zrobiony dla Polaków (wątpię, aby prezentowany był za granicą) nazywa się – trick. Nie możemy korzystać ze swojego języka. Z dużo większą przyjemnością obejrzałabym film o tytule – sztuczka.


niedziela, 7 marca 2010

"Wujaszek Wania" w Radomiu

Już dwa tygodnie minęło od premiery „Wujaszka Wani” w Teatrze im. Jana Kochanowskiego. Niedawno zerkając na stronę „Powszechnego” zauważyłam w galerii zdjęć, że na premierze oprócz lokalnych elit był też Krzysztof Zanussi ze swoimi studentami. Czy miał on jedynie ochotę pokazać swoim wychowankom prowincjonalny teatr? Nie wiem i nie będę się doszukiwać w jego wizycie niczego złego. Wręcz przeciwnie, cieszy mnie, że takie osobistości goszczą w moim mieście oraz, że miałam przyjemność oglądać spektakl w tak doborowym towarzystwie.

Ale wracając do przedstawienia „Wujaszek Wania” w reżyserii Linasa Marijusa Zaikauskasa (kiedyś dyrektora radomskiej sceny). Mnie osobiście nie zachwyciło. Aktorzy grali bez pasji. Sprawiali wrażenie jakby na siłę zostali wtłoczeni w swoje postaci. Najwyraźniej widziałam to u gwiazdy spektaklu Zdzisławie Wardejnie. Profesor Sieriebriakow w jego wydaniu to wycofany mężczyzna, którego nie cieszy już nic. Sprawia wrażenie przezroczystego. Aktor znany mi z wielu znakomitych ról filmowych, na ekranie pełen energii i pasji grając w Radomiu sprawiał wrażenie jakby wciąż myślał „kiedy to się skończy, kiedy to się skończy…”. Jego osoba miała jak magnes przyciągać do teatru widzów. Sądzę jednak, że wiele osób może być jego kreacją rozczarowanych. Szczególnie gdy porówna się ją do występu Emilii Krakowskiej w „Wizycie starszej pani”.


Jak zwykle na scenie irytowała mnie Agnieszka Wilkosz tym razem w roli Sonii, córki profesora, siostrzenicy Wani. Aktorka sądzi chyba, że czym więcej na scenie ekspresji, tym jest prawdziwiej. Dla widza jej groteskowe gesty, niski gardłowy głos są niestety nie do zniesienia. Troszkę więcej delikatności, zachowawczości w kreowaniu postaci na pewno dałyby bardzo pozytywne efekty. Podobnie „bujne” aktorstwo w jej wydaniu można oglądać w przedstawieniu „Wszystko o kobietach”. Gdyby i tam troszkę odpuściła efekt byłby piorunujący.

I na koniec coś pozytywnego czyli Honorata Witańska, która wyrasta na gwiazdę „Kochanowskiego”. Jej Helena to prawdziwa dama, ale zarazem pogubiona kobieta, która szuka prawdziwej miłości. Uwikłana w związek małżeński ze starszym mężczyzną czuje się nieszczęśliwa. Był to jednak jej wybór dlatego nie narzeka na swój los. Woli bezpieczeństwo i spokój przy boku statecznego męża niż wielkie porywy serca. Honorata gra dostojnie, elegancko ale bez patosu. Czekam na kolejne kreacje.
 

czwartek, 18 lutego 2010

Avatar - trójwymiarowa pocztówka

„Ochów” i „achów” nad filmem „Avatar” wysłuchałam w ostatnich tygodniach wiele. Żadna z zagdniętych przeze mnie osób nie wypowiedziała się źle o nowym obrazie Jamesa Camerona. Nie wypadało więc tego wiekopomnego dzieła nie obejrzeć skoro wszyscy jednoznacznie mówią ‘idź fajne’.

Z ciężkim sercem wyjęłam w kinie 25 zł aby zapłacić za magiczny bilet wstępu do krainy 3D. Aby pozytywnie nastawić się do czekającej mnie za chwilę projekcji wmawiałam sobie, że kiedyś trzeba zobaczyć jak wygląda film w trójwymiarze. W towarzystwie nie wypada nie mieć zdania skoro wszyscy jednoznacznie mówią ‘fajne’.

 
Ale przechodząc do meritum, bo obiecałam sobie nie rozpisywać się o tym filmie. Co w „Avatarze” tak bardzo ludzi intryguje? Zwykła opowiastka o słodkim chłopaczku, który przez przypadek trafia do krainy Pocahontas. Biega sobie z nią po lesie niczym smerfny Indianin i cieszy z fluoroscencyjnych, latających meduz. Oczywiście zakochuje się w swej niebieskiej koleżance - inaczej być niemoże, część publiczności byłaby jeszcze zawiedziona a tego Cameron by nie zniósł. Idylle przerywa najazd złych ‘Europejczyków’, którzy chcą zabrać ziemię Na'vi. Ale wspomniany wcześniej słodziak czyli Jake Sally jak Conan Barbarzyńca rozprawia się ze złymi ludźmi… bla bla bla itd.

Film za długi, bez fabuły, nastawiony jedynie na efekty specjalne, nieprzemyślany, płytki… ot trójwymiarowa pocztówka. Niby jak się na nią pierwszy raz spojrzy to ładna, ale od zbyt długiego przyglądania bolą oczy.

A miałam iść na „Kołysankę”…

czwartek, 11 lutego 2010

„Tatarak” Andrzeja Wajdy

„Tatarak” Andrzeja Wajdy chciałam obejrzeć od kiedy pojawił się w kinach w maju ubiegłego roku. Cały czas było mi jednak do niego, nie po drodze, coś stawało na przeszkodzie. Dwa razy miałam bilety do kina i dwa razy nie dotarłam na seanse. Dlaczego? Nawet już nie pamiętam.

Następnie przez pół roku próbowałam film zdobyć – udało się dopiero wczoraj. Trochę ze swojej winy obejrzałam go dziś na raty, połowę rano przed wyjściem do pracy, a drugą wieczorem. Sądzę jednak, że nie zaszkodziło to w odbiorze "dzieła". :)

Film bardzo mnie zaskoczył. Niczego konkretnego nie oczekiwałam. Wiedziałam, że Krystyna Janda opowiada w nim o swoich prywatnych doświadczeniach, a dokładnie o śmierci męża. Jej monologi są długie (może zbyt długie). Można się z nich dowiedzieć kiedy dotarła do niej informacja o chorobie partnera, jak umierał. Nie jest łatwo słuchać takich wyznań, pewnie jeszcze trudniej być ich nadawcą. Często wolimy go omijać, wyprzeć ze świadomości. Pomyśleć nas to nie dotyczy… Cały czas zastanawiam się czemu służyły te "wtrącenia"? Miały nadać obrazowi głębi? Czy może były formą terapii dla Krystyny Jandy? Mi przywołały pewne wspomnienia i uświadomiły, że tych znanych" też dotykają problemy.



Odgrywana przez aktorkę postać zamożnej doktorowej Marty też jest chora na raka. Tę smutną tajemnice zna jednak tylko jej mąż. Kobieta może dzięki temu żyć normalnie, cieszyć się każdym dniem. Jako, że nie czytałam opowiadania Jarosława Iwaszkiewicz (wstyd mi z tego powodu, ale postaram się nadrobić zaległości) wydawało mi się, że z poznanym przypadkowo młodym chłopakiem będzie mieć płomienny romans. Takie ostatnie intensywne uczucie przed śmiercią. Sądzę jednak, że włączył się u niej instynkt macierzyński i obdarzała go raczej matczynym uczuciem (w czasie wojny straciła dwójkę dzieci). Emocje tak zawróciły jej w głowie, że raz traktowała go jak swoją sympatie, a raz jak syna.
 
Film płynął powoli, leniwie. Bardzo mi się to podobało. Zmysłów nie zagłusza zbyt wartka akcja, był czas na myślenie, przyjrzenie się obrazowi. Można wówczas zauważyć wiele szczegółów, które zwykle gdzieś umykają. Zobaczyć zieleń tataraku, piękno Wisły czy zastanowić się nad charakterami bohaterów, motywacjami pchającymi ich do określonych zachowań. Do „Tataraku” będę pewnie wracać czasem wracać, aby odpocząć. Szczególnie taką zimową porą, gdy wokół nie jest zbyt pięknie.

Krystyna Janda zagrała jak zawsze świetna (zachwycająco też wygląda). Może kiedyś uda mi się ją zobaczyć w teatrze. Zastanawia mnie tylko dlaczego Andrzej Wajda do roli Bogusia zaangażował Pawła Szajdę. Chłopak owszem przystojny :) ale coś w jego grze nie gra. Jest w swoim wycofaniu nienaturalny. Przez cały film miałam też wrażenie, że jego wypowiedzi były dogrywane w studiu (może miałam taką felerną kopię).
 
Chociaż film trwa około 1,5 godz. przypomina taki mały obrazek niby opowiadanie. Bardzo dobrze, że wątki poboczne są baaardzo okrojone.

POLECAM



poniedziałek, 8 lutego 2010

Osobisty Jezus z Legnicy

„Osobistego Jezusa” w wykonaniu aktorów Teatru Modrzejewskiej z Legnicy obejrzałam zaledwie kilka dni temu dlatego nadal mocno siedzi w mojej głowie. W czasie spektaklu nie ma podziału widz – aktorzy. Scenę zbudowaną ze zwykłych desek z czterech stron otacza publiczność. Trochę przypomina to ring bokserski i być może taki efekt był zamierzony bo Rysiek (w tej roli świetny Przemysław Bluszcz) jest pięściarzem, a właściwie był. 30-latek ostatnie trzy lata spędził w więzieniu, za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Po wyjściu wraca do rodzinnej wsi i chce zacząć życie od nowa. Niestety świat, który zostawił rozsypał się już na kawałki. Była dziewczyna (nadal ją kocha) wzięła ślub z jego bratem, a do tego młoda para postanawia sprzedać ojcowiznę i wyjechać na stałe do Warszawy. Rysiek nie może się z tym pogodzić. Próbuje walczyć o byłą narzeczoną, stara się o legalną pracę. Nikt jednak go nie słyszy, nikt go nie potrzebuje. Staje się jedynie przeszkodą, bo nie potrafi dostosować się do nowej rzeczywistości. Ma nadzieję, że przyjdzie do niego Bóg, ale przecież jego widzą tylko wybrani.


Aktorzy w trakcie całego przedstawienia są na wyciągnięcie ręki. Miałam uczucie, że jestem razem z nimi w pokoju i za chwilę zasiąde do obiadu. W czasie bardziej dynamicznych scen brakowało zaledwie centymetrów, aby komuś z widowni oberwało się krzesłem albo pięścią. Ale właśni taki teatr, bardzo kameralny, bezpośredni potrafi przenieść mnie w inną rzeczywistość. Nie zaznałam tego nigdy siedząc w 13 rzędzie na dużej scenie. Tam nie istnieje obawa, że dostanę ciastkiem od zwariowanej teściowej (kto wybierze się na spektakl zrozumie o co chodzi) ;)

Ryśka nie da się nie lubić, nie współczuć mu. W swej prostocie wydaje się niezwykle szczery. Cały czas miałam nadzieję, że Agata wybierze dawnego narzeczonego i zmieni dla niego życie. Przestaną się dla niej liczyć jedynie pieniądze a zacznie z nim piękne, ale obfitujące w ciężką pracę życie. Jak się ostatecznie stało trzeba przekonać się samemu.

Nie lubię przekleństw a przez 1,5 godziny siały się często i gęsto. Ale cóż taka konwencja, prosta, dosadna i pełna intensywnych emocji. Nie zagłuszają jej zbędne ozdobniki. Taki teatr trafia w sam środek serca i nie pozostawia obojętnym.

Na widowni była spora grupka księży. Zastanawiam się czy przyszli na przedstawienie znając jego treść z zapowiedzi, czy tylko dlatego, że w tytule jest słowo Jezus. To taka moja mała uszczypliwość na koniec :)

„Osobistego Jezusa" polecam, bo jak każde dobre przedstawienie przenosi w czasie.

niedziela, 10 stycznia 2010

"Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Porzucanie książki po przeczytaniu kilkunastu bądź kilkudziesięciu stron to praktyka, do której nie powinnam się przyznawać przed nikim. Wiele osób sądzi, że im trudniej przebrnąć przez kolejne rozdziały tym wznioślejsze treści dane wydawnictwo zawiera i zrozumieć je mogą tylko czytelnicy o lotnych i otwartych umysłach. Z poglądem tym nie zgadzam się zupełnie i wolę czytać powieści napisane prostym i zrozumiałym językiem. Nie skupiam się wówczas na ozdobnikach, skomplikowanych konstrukcjach zdań, które czasem są jak zamknięta brama do świata przedstawionego. Lubię gdy wszystko płynie…

Niczym rzeka jest nowe wydawnictwo Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Gdy porównam tę książkę do „Les Fafrocles” są to dla mnie dwa bieguny literatury. Pisarka zaczyna swoją opowieść od tajemniczej śmierci Wielkiej Stopy. Jest to człowiek izolujący się od społeczności, żyjący blisko natury, ale jakby obok niej. Na kolejnych stronach pojawią się niewyjaśnione morderstwa. Kto i dlaczego zabił nie będę zdradzać.

Na miejscu zbrodni pierwsza jest zwykle Janina Duszejko, starsza kobieta, zafascynowana astrologią i uznana przez lokalne środowisko za nieszkodliwą wariatkę. Mieszka na swoim odludziu w Kotlinie Kłodzkiej i wydaje się być całkiem szczęśliwa.

Zamiast opisywać treść książki lepiej napiszę, co mnie osobiście w niej urzekło, ale do tego krótki wstęp. Kończąc liceum i mając na karku 19 lat, podobnie jak wszyscy moi rówieśnicy marzyłam o wielkim świecie. Miejscem upragnionym była stolica. Moje życie potoczyło się troszkę inaczej i zostałam w swoim rodzinnym Radomiu. Trudno było się z tym wówczas pogodzić, gdy znajomi podbijali „kraj”. Z roku na rok zaczęłam jednak doceniać uroku życia w mniejszym mieście, można powiedzieć, że nawet się polubiliśmy. Dziś nawet myślę, że przeprowadzka na wieś nie byłaby złym rozwiązaniem.


Janina Duszejko żyje z dala od miejskich aglomeracji (ale nie z dala od cywilizacji, posiada komputer, chyba też internet) i jest szczęśliwa. Wiem, że postać jest fikcyjna, ale zazdroszczę jej spokoju, który możliwy jest chyba tylko wtedy, gdy mieszka się z dala od miasta. Nie musi się ścigać z całym światem, żyje dniem codziennym. Nie musi nikomu udowadniać jak dobra jest w tym co robi, nie musi znosić innych osób. Ale jej „samotność” jest tylko pozorna. Są wokół niej ludzie, niby tylko znajomi, ale okazują się prawdziwymi przyjaciółmi, na których może liczyć. Co więcej potrzeba do szczęścia?
Książka Olgi Tokarczuk to pochwała spokojnego życia w przyjaźni z naturą. Zgoda na to, co przynosi los. A wątek kryminalny, który dominuje w powieści udowadnia tylko, że mieszkanie na odludziu może nam dostarczyć sporo ekstremalnych emocji.

sobota, 9 stycznia 2010

„Les Farfocles” – pusto i płasko

Przyznam się bez bicia, że książkę Marcina Szczygielskiego kupiłam ze względu na jej okładkę. Rysunki stylizowane na te z magazynów mody z lat 60. XX w. mają w sobie pewien niepowtarzalny urok. Gdy zaś zajrzałam do środka i zobaczyłam, że jest ich więcej wiedziałam, że to dosyć spore objętościowo wydawnictwo musi być moje.

Niestety zawartość nie była już tak atrakcyjna. Oczekiwałam ciekawej historyjki o dziewczynie pracującej w magazynie dla kobiet, której życie wypełnione jest perypetiami rodem z serialu „Seks w wielkim mieście”. Niestety przez około 200 pierwszych stron czytamy o tym jak Zosia (tak ma na imię główna bohaterka) poszukuję idealnego gadżetu, jaki dołączony będzie do pisma, w którym pracuje - nuda, nuda, nuda… Chwilami znajduje też czas na szpiegowanie przystojnego sąsiada, niestety wychodzi na jaw, że hoduje w mieszkaniu marihuanę i z książki, gdzieś tak w połowie musi zniknąć. Na jego miejscu pojawia się były chłopak, który nagle ni z tego ni z owego staje się aktualny.


Podobnie jak w innych powieściach tego typu nie może zabraknąć przyjaciółki (Agnieszka jest niby głupsza, ale okazuje się, że lepiej sobie radzi w życiu), upierdliwej matki i dobrodusznej, zwichrowanej babci. Jak toczą się perypetię Zosi nie będę zdradzać, bo może ktoś jednak sięgnie po "Fafrocle". Bez wyrzutów sumienia mogę jednak napisać, że bohaterowie są jednowymiarowi, nie poznamy ich charakterów, nie zaprzyjaźnimy się z nimi. Trudno polubić kogoś, kogo nie dano nam poznać.

Historia miota się od jednego wątku do drugiego. Wiele z nich wciśnięta została chyba tylko po to, aby zwiększyć objętość książki (cała liczy 519 stron). Dialogi są na wielu stronach rozwleczone do granic możliwości. Wiele z nich można pominąć, bo i tak nic nowego nie wnoszą. Powieść stałaby się ciekawsze gdyby skondensować ją do 200 stron, skupić się na Zosi, pokazać jej charakter, wnętrze, kobiecość i uroki życia wielkim świecie. A już naprawdę irytujące jest rozpoczynanie każdego rozdziału od pobudki głównej bohaterki i opisów porannych czynności.

Ubolewam też nad tym, że chociaż bohaterki pracują w magazynie zajmującym się modą, to nic, a nic na ten temat w książce nie ma. Nie licząc wymienianych kilkakrotnie marek znanych projektantów

Tak naprawdę jedynie jakieś sto ostatnich stron sprawia, że nie wpisuje „Les Fafrocles” na listę ksiąg zakazanych. Autor zmienia jakby styl pisania, staje się bardziej konkretny, łączy wszystko w całość. Może zakończenie jest banalne i przewidywalne, ale tego oczekujemy po tego typu wydawnictwach. Chcemy przeczytać, że żyli długo i szczęśliwie, a utrata pracy (nawet tej wymarzonej) to punkt wyjścia do zupełnie nowej egzystencji.

PS Okłada nijak się ma do treści, w żaden sposób z nią nie koresponduje. Swoimi barwami miała chyba tylko zwabić takie sroki jak ja ;)