sobota, 9 stycznia 2010

„Les Farfocles” – pusto i płasko

Przyznam się bez bicia, że książkę Marcina Szczygielskiego kupiłam ze względu na jej okładkę. Rysunki stylizowane na te z magazynów mody z lat 60. XX w. mają w sobie pewien niepowtarzalny urok. Gdy zaś zajrzałam do środka i zobaczyłam, że jest ich więcej wiedziałam, że to dosyć spore objętościowo wydawnictwo musi być moje.

Niestety zawartość nie była już tak atrakcyjna. Oczekiwałam ciekawej historyjki o dziewczynie pracującej w magazynie dla kobiet, której życie wypełnione jest perypetiami rodem z serialu „Seks w wielkim mieście”. Niestety przez około 200 pierwszych stron czytamy o tym jak Zosia (tak ma na imię główna bohaterka) poszukuję idealnego gadżetu, jaki dołączony będzie do pisma, w którym pracuje - nuda, nuda, nuda… Chwilami znajduje też czas na szpiegowanie przystojnego sąsiada, niestety wychodzi na jaw, że hoduje w mieszkaniu marihuanę i z książki, gdzieś tak w połowie musi zniknąć. Na jego miejscu pojawia się były chłopak, który nagle ni z tego ni z owego staje się aktualny.


Podobnie jak w innych powieściach tego typu nie może zabraknąć przyjaciółki (Agnieszka jest niby głupsza, ale okazuje się, że lepiej sobie radzi w życiu), upierdliwej matki i dobrodusznej, zwichrowanej babci. Jak toczą się perypetię Zosi nie będę zdradzać, bo może ktoś jednak sięgnie po "Fafrocle". Bez wyrzutów sumienia mogę jednak napisać, że bohaterowie są jednowymiarowi, nie poznamy ich charakterów, nie zaprzyjaźnimy się z nimi. Trudno polubić kogoś, kogo nie dano nam poznać.

Historia miota się od jednego wątku do drugiego. Wiele z nich wciśnięta została chyba tylko po to, aby zwiększyć objętość książki (cała liczy 519 stron). Dialogi są na wielu stronach rozwleczone do granic możliwości. Wiele z nich można pominąć, bo i tak nic nowego nie wnoszą. Powieść stałaby się ciekawsze gdyby skondensować ją do 200 stron, skupić się na Zosi, pokazać jej charakter, wnętrze, kobiecość i uroki życia wielkim świecie. A już naprawdę irytujące jest rozpoczynanie każdego rozdziału od pobudki głównej bohaterki i opisów porannych czynności.

Ubolewam też nad tym, że chociaż bohaterki pracują w magazynie zajmującym się modą, to nic, a nic na ten temat w książce nie ma. Nie licząc wymienianych kilkakrotnie marek znanych projektantów

Tak naprawdę jedynie jakieś sto ostatnich stron sprawia, że nie wpisuje „Les Fafrocles” na listę ksiąg zakazanych. Autor zmienia jakby styl pisania, staje się bardziej konkretny, łączy wszystko w całość. Może zakończenie jest banalne i przewidywalne, ale tego oczekujemy po tego typu wydawnictwach. Chcemy przeczytać, że żyli długo i szczęśliwie, a utrata pracy (nawet tej wymarzonej) to punkt wyjścia do zupełnie nowej egzystencji.

PS Okłada nijak się ma do treści, w żaden sposób z nią nie koresponduje. Swoimi barwami miała chyba tylko zwabić takie sroki jak ja ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.