wtorek, 2 listopada 2010

Miało być śmiesznie, a było męcząco...

Półtora miesiąca to bardzo dużo. Niestety jak widać, aż na tak długi czas porzuciłam blogowanie. Przytłoczona innymi obowiązkami nie byłam w stanie skupić się na pisaniu. Na szczęście ważną życiową sprawę udało mi się wreszcie zamknąć i teraz prawdopodobnie będę mieć więcej czasu dla siebie i dla „Zapisek na kartce”. Hmmm… nie prawdopodobnie, na pewno będę mieć więcej czasu i mam już w głowie pewne pomysły, aby uatrakcyjnić wpisy.

Chciałabym, aby w przyszłości na blogu pojawiało się więcej zdjęć. Czekam właśnie na wymarzony aparat. Zdecydowałam się kupić w sklepie internetowym używanego Nikona d3000, więc realizacja planu jest coraz bliższa. Mam tylko nadzieję, że nie będę żałować tej decyzji i zaoszczędzonych w ten sposób 300 zł. Bo jak wiadomo, zakupy on-line nie zawsze kończą się dobrze. Chociaż ja do tej pory (odpukać) nie zostałam przez nikogo oszukana i chyba swoim postępowaniem chce się tego doigrać. Ale jestem dobrej myśli.

Przez ostatnie półtora miesiąca nie miałam wolnych chwil na czytanie, ale udało mi się wybrać do kina na „Śluby panieńskie” i obejrzeć komedię „Boeing, boeing” teatru Studio Buffo. Co do filmu, to zupełnie mi się nie podobał. Miałam wrażenie, że jest zabałaganiony i chaotyczny. Niby aktorzy bawią się językiem Aleksandra Fredry, ale brakuje im finezji, pomysłu, aby trafić do współczesnego widza. W napięciu stara się on śledzić, kto z kim i dlaczego, ale w pewnym momencie, ten kto nie czytał w szkole dramatu (lub streszczenia) i tak się zgubi. Filip Bajon zrobił kino dla uczniów, kino, które ma trafić do mas. A dodatkowo niebywała wręcz promocja jak na polskie warunki na pewno zapewni niebywałą frekwencje na widowni. Ja już sama nie wiem, czy klasyka polskiej literatury powinna trafiać na duży ekran. Niektóre produkcje są naprawdę świetne np. „Przedwiośnie” tego samego reżysera. Ale już „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza to raczej smutna część polskiej kinematografii.

„Boeing, boeing” gościł niedawno Radomiu. Jest to zgrabna komedia pomyłek, ale raczej nie w moim guście. Wymęczyłam się nieźle oglądając przez dwie godziny sztuczne nieporozumienia bohaterów. Oczywiście chwilami było naprawdę śmiesznie i uśmiech pojawiał się na mojej twarzy, ale nie jest to powód, abym przedstawienie oceniła jako dobre. Możliwe, że zupełnie inaczej bym go odebrała oglądając w teatrze, a nie w sali koncertowej, której nagłośnienie jest fatalne. Zdarzało się, że nie mogłam zrozumieć aktorów. Szczerze mówiąc chyba drugi raz nie wybiorę się na tego typu komedię. Poniżej krótki opis fabuły pobrany ze strony teatru, jakby ktoś jednak zastanawiał się nad wydaniem kilkudziesięciu złotych.

„Sztuka opowiada historię Maksa, którego życie uczuciowe i erotyczne regulowane jest przez międzynarodowy rozkład lotów… Maks ma aż trzy narzeczone, wszystkie są stewardesami, a każda z nich sądzi oczywiście, że to ona jest tą jedyną. Dzięki precyzyjnej organizacji i pomocy niezawodnej choć nie stroniącej od sarkastycznych uwag służącej, Maksowi zawsze udaje się skoordynować wizyty kolejnych narzeczonych, które zresztą, jak twierdzi, kocha jednakowo… Co stanie się jednak, gdy z powodu niewielkich zmian w ruchu lotniczym, wszystkie one zjawią się u Maksa niemal w tej samej chwili?”

Oczywiście byłabym niesprawiedliwa, gdybym o „Boeing, boeing” napisała tylko źle. Cezary Kosiński w roli Nadi był REWELACYJNY. Zresztą wszyscy aktorzy byli dobrzy, tylko sztuka nie na ich możliwości aktorskie.




"Boeing, boeing" Gabriela Getzky


"Śluby panieńskie" Filipa Bajona

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.